Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Dariusz Nowiński

Dariusz Nowiński

URL strony:

pilsudski portret przewrotnyPrzewrotny – temu pojęciu Słownik języka polskiego PWN przypisuje dwa znaczenia. Podstawowe, to „zachowujący się, działający w sposób nacechowany fałszem, chytrością” Drugie, to „ukrywający prawdziwe cechy czegoś”. Zestawienie znaczeń tego słowa z tytułem nowej książki Macieja Gablankowskiego, a jeszcze bardziej z jej treścią budzić musi zaskoczenie. Co chciał zafałszować autor? Co zamierzał ukryć? A może co chciał odkryć? Być może zamiarem autora było ukazanie Marszałka z perspektywy innej niż „pomnikowa”, bardziej ludzkiego, z wadami i zaletami. Jeśli nawet tak, to niewiele argumentów przemawia za tym, że był to zabieg udany.

Maciej Gablankowski, to z wykształcenia historyk i amerykanista, z zawodu wydawca, redaktor i menadżer. Tak przedstawia go Wydawnictwo „Znak”, które podjęło się wydania recenzowanej pozycji. Ponieważ autora nie znam, pozwoliłem sobie przejrzeć zasoby internetu, aby ustalić dotychczasowe osiągnięcia w zakresie związanym z wyzwaniem, którego się podjął. Okazuje się, że wydał książkę o tym, co naprawdę myśli Elon Musk, a także napisał co najmniej kilka artykułów związanych z Józefem Piłsudskim, które zamieszczone zostały na portalach internetowych związanych z historią. Przejrzałem i okazuje się, że znaczna część z nich, to fragmenty wydanej książki. Dlatego też trudno uznać autora za wyrocznię w analizie życia Marszałka.

Książkę podzielono na prolog i dwadzieścia dziewięć rozdziałów. Każdy z nich jest o objętości mniej więcej 10-12 stron. Dzięki takiej konstrukcji czyta się je w sposób szybki. Generalnie lektura nie jest nadmiernie skomplikowana, ponieważ autor zastosował podejście zmierzające do ułatwienia odbioru. Nawet nieprzygotowany czytelnik nie jest zarzucany masą faktów i dat. Wybór takiej konstrukcji w czasach, gdy dominuje coraz częściej kultura obrazkowa wydaje się naturalny. Pojawia się jednak pytanie, czy w ten sposób można oddać najistotniejsze cechy Komendanta, nie sprowadzając jego biografii do poziomu lektury dla klasy piątej szkoły podstawowej. I tu odpowiedź wydaje się jednoznacznie negatywna. Poziom ogólności wymusza spore uproszczenie zagadnień i motywów decyzji Józefa Piłsudskiego. Przyjęty również charakter poruszanych tematów jest na tyle zróżnicowany, że nie można książki ocenić inaczej niż jako nierówna. Czy taką samą wagę można przypisać wojnie 1920 r. i domniemanemu romansowi z „cioteczką” Stefą? Zdecydowanie nie.

Ocenę ułatwiają także błędy, z których część ma charakter szkolny. Nie istniały nigdy Polskie Drużyny Wojskowe (były Polskie Drużyny Strzeleckie). Błędnie datowane są walki pod Marcinkowicami i Pisarzową. Miały miejsce w pierwszej dekadzie grudnia 1914 r., a nie pod koniec listopada tego roku (s. 147). Wybory do Sejmu Ustawodawczego odbyły się 26, a nie 29 stycznia 1919 r. (s. 199). W Wojsku Polskim nosi się naramienniki, a nie pagony (s. 203, 243). Nieprawdą jest, że funkcja Naczelnego Wodza złączona była z urzędem Naczelnika Państwa (s. 204). Oba te stanowiska zajmował Józef Piłsudski, ale nie było automatyzmu powodującego przyznanie stanowiska głowy państwa po objęciu naczelnego dowództwa. Ciekawie prezentuje się mundur marszałkowski opisany na stronie 243. Przyznam, że nie spotkałem się nigdzie z opisem zielonej, wypłowiałej kurtki mundurowej, ozdobionej Orderem Virtuti Militari I klasy i strzelecką czapką na głowie. We wszystkich opisach i zdjęciach jakie dotyczą munduru Józefa Piłsudskiego jest on szary. A do niego przypięte jest najwyższe polskie odznaczenie wojskowe, ale V klasy. To elementarz. Może się jednak mylę i Marszałek był ubrany w dniu 12 maja 1926 r. w zielony mundur? Zapraszam historyków ubiorów wojskowych do wypowiedzi. Eufemistycznie rzecz ujmując, autor myli się na stronie 257, kiedy pisze, że tylko wojskowi karnie wykonujący rozkazy mogli liczyć na podwyżki. Podwyżka uposażeń żołnierzy Wojska Polskiego miała po 1926 r. charakter systemowy. Wynagrodzenie zależało od stopnia, zajmowanego stanowiska, sytuacji rodzinnej i miejsca stacjonowania. Nie było mowy o żadnej uznaniowości.

Co najmniej dwukrotnie na łamach książki znajdziemy negatywną opinię dotyczącą Wacława Kostek-Biernackiego. Pierwszy raz w kontekście represji wobec ludności cywilnej na Kielecczyźnie w 1914 r., a drugi raz w przypadku rzekomego mordu na gen. Zagórskim. Przytoczmy zatem opinię autora książki o nielubianym przez Macieja Gablankowskiego dowódcy żandarmerii legionowej. „Wydaje się także, że właśnie surowe traktowanie łamiących dyscyplinę legionistów przyczyniło się w znacznym stopniu do opinii, jaką cieszyć się miał Kostek-Biernacki w wielu środowiskach już w dwudziestoleciu” (P. Cichoracki Droga ku anatemie. Wacław Kostek-Biernacki 1884-1957, s. 75). Oczywiście książkę prof. Cichorackiego znajdziecie Państwo w bibliografii zawartej w książce. Więc komu dać wiarę? Nie ukrywam, że bardziej wierzę też ustaleniom Wacława Jędrzejewicza niż Macieja Gablankowskiego w kwestii tego, gdzie doszło do wypicia bruderszaftu pomiędzy Józefem Piłsudskim, a Ignacym Daszyńskim. Nie miało to miejsca w Krakowie, jak chce amerykanista, ale w Grudzynach, w dniu 19 marca 1915 r.

Moim subiektywnym zdaniem, im dalej brniemy w lekturę, tym mniejszą sympatię do Józefa Piłsudskiego dostrzegamy ze strony autora. Wpisuje się to w częstą obecnie narrację, chwalącą Józefa Piłsudskiego za działalność do 1920 r. i atakującą za wszystko, co wydarzyło się po maju 1926 r. Jest to oczywiście „zbójeckie” prawo narratora, lecz sądzę, że zbyt mało argumentów przemawia za jego tezą. To właśnie tu dostrzegam tę przewrotność treści książki. Autor stara się przedstawić jako wyważony biograf, lecz diabeł tkwi w szczegółach. Tu i ówdzie znajdziemy wbitą szpilkę, a nawet szpilę. Bo jak odnieść się do określenia współpracowników Józefa Piłsudskiego, nazwanych w książce „wachmistrzami”? To w odniesieniu do gen. Sławoja Składkowskiego określenia „wachmistrz Soroka Komendanta” użył Stanisław Cat-Mackiewicz. Zdecydowanie nie zgadzając się z takim podejściem do ostatniego przedwojennego prezesa Rady Ministrów tym bardziej muszę protestować przeciwko nazywaniu tym określeniem innych podwładnych Naczelnika. Wnikliwa analiza wielu sądów o Marszałku na niespełna trzystu stronach tekstu oczywiście nie jest możliwa. Nie można też narzucać autorowi tego, co ma napisać. Można jednak wskazywać jego błędy i nie zgadzać się z tym co napisał. Co niniejszym czynię.

W książce znajdziemy bibliografię, którą jak rozumiem wykorzystał przy pisaniu. Znajdziemy w niej prace Wacława Jędrzejewicza i Janusza Ciska, Bohdana Urbankowskiego, Andrzeja Garlickiego, Włodzimierza Sulei czy Władysława Pobóg-Malinowskiego. To znani i uznani badacze życia Józefa Piłsudskiego. Co jednak w tym towarzystwie robią autorzy tacy, jak Jędrzej Giertych, Tomasz Ciołkowski czy Rafał Mossakowski. Czy mają oni stanowić kontrapunkt dla narracji tych pierwszych? Podpowiem autorowi, że pominął jeszcze Stanisława Żochowskiewgo i Irenę Pannenkową. No i kilka książek Giertycha.

Zastanawia mnie jeszcze jedno. Czy mam wybrakowany egzemplarz? Na stronie SIW Znak, wydawcy książki, znalazłem informację, ze książka ma 336 stron. Moja ma o szesnaście mniej.

Jeśli ktoś zastanawia się nad zakupem książki, to powinien decyzję poprzedzić lekturą artykułów autora na stronach internetowych. Obrazują one dość jednoznacznie charakter pisarstwa Macieja Gablankowskiego. Ponieważ swój egzemplarz otrzymałem jako prezent świąteczny, to nie mam odczucia niepotrzebnego wydania pieniędzy. Gdybym jednak miał kupić tę pozycję po wcześniejszej lekturze, to nie zdecydowałbym się na to.

Dariusz Nowiński

Ocena recenzenta

Temat i treść: 5/10

Język, styl, kompozycja tekstu: 6/10

Forma wydawnicza: 8/10

Informacje o publikacji

Tytuł: Piłsudski. Portret przewrotny. Biografia

Autor: Maciej Gablankowski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2020

Ilość stron: 320

Format: 140x205 mm

Okładka: miękka ze skrzydełkami

ISBN: 978-83-240-6031-3

zawodyDzień 6 sierpnia 1914 r. stanowił i stanowi dla wielu osób datę będącą synonimem odrodzenia Wojska Polskiego. Tego dnia z krakowskich Oleandrów wyruszyła Pierwsza Kompania Kadrowa, stanowiąca zaczątek późniejszych Legionów Polskich. Do dziś dnia rocznica wymarszu obchodzona jest jako Święto Strzeleckie, a w okresie międzywojennym na pamiątkę wymarszu odbywały się w całej Polsce uroczystości. Jedną z form upamiętnienia był Marsz Szlakiem I Kompanii Kadrowej na trasie z Krakowa do Kielc organizowany przez Związek Strzelecki. Stanowił on okazję do sprawdzenia sprawności drużyn organizacji prowadzących przysposobienie wojskowe, drużyn wojskowych oraz organizacji zrzeszających rezerwistów. W 1981 roku reaktywowano go w innej formie, ale nadal gromadzi on m.in. młodzież strzelecką i żołnierzy. W trakcie Marszu odbywają się też zawody marszowe, których formuła ewoluuje, ale stanowi kontynuację tego, co stanowiło o istocie Marszu przed 1939 r.

Parafrazując Andrzeja Poniedzielskiego można stwierdzić, że wśród ludzi piszących książki, są tacy, których lubimy gdy piszą i tacy, których lubimy, gdy nie piszą. Do drugiej grupy (bardzo wąskiej nota bene) zaliczyć muszę profesora Stanisława Zaborniaka. Co prawda spowodowane to jest jedyną jego książką, którą przeczytałem, ale na tyle dla mnie ważną, że jej lektura rzutuje na całokształt oceny.

Kilka tygodni temu przeglądając stronę jednej z księgarni internetowej zauważyłem intrygujący tytuł: „Zawody marszowe Szlakiem I Kompanii Kadrowej Legionów Polskich z Krakowa do Kielc (1924-1939)”. Jako uczestnik ruchu strzeleckiego, wielokrotnie przemierzający trasę Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej Kraków-Kielce byłem przekonany, że to książka ważna z kilku powodów. Po pierwsze, nikt wcześniej nie pokusił się o całościowe podsumowanie zawodów marszowych z okresu międzywojennego. Na cząstkowe informacje natrafić można przeglądając roczniki „Strzelca” bądź czytając pozycje poświęcone historii Związku Strzeleckiego. Po drugie, uznałem, że materiały zawarte w recenzowanej książce mogą być przydatne w organizacji zawodów marszowych w trakcie kolejnych „kadrówek”. Po trzecie, wydawało się, że to wymarzona nagroda dla laureatów konkursów historycznych odbywających się w czasie Marszu.

Niestety, życie brutalnie weryfikuje oczekiwania. Światełkiem ostrzegawczym mogło już być długie oczekiwanie na zamówioną książkę. Rozumiejąc utrudnienia związane z pandemią liczyłem na rekompensatę w postaci treści. Drugie ostrzeżenie mogło być zauważone dopiero po wzięciu recenzowanej pozycji do ręki. Ukazała się w 2019 r. Przez rok nie można było na jej ślad nigdzie natrafić. Nawet na stronie wydawnictwa nie odnajdziemy jej śladu. Czyżby zdano sobie sprawę z wartości tego „dzieła”?

Autor, to „belwederski” profesor, specjalizujący się w historii sportu, zupełnie nieznany w środowisku osób zajmujących się historią Legionów i obozu piłsudczykowskiego. Oczywiście można uznać, że kwalifikacje w zakresie historii sportu są zupełnie wystarczające, by napisać co najmniej poprawną książkę dotyczącą rywalizacji sportowej, choć inspirowanej wydarzeniami związanymi z wysiłkiem zbrojnym zmierzającym do odzyskania wolnego państwa. Niestety, z niewiadomych do końca przyczyn (można się ich co najwyżej domyślać), otrzymujemy produkt książkopodobny. Największą odpowiedzialnością obciążyć można oczywiście autora, ale przecież ktoś tę pozycję zakwalifikował do druku, ktoś ją recenzował, a ze strony wydawnictwa niejaka Anna Szydło odpowiedzialna była za opracowanie redakcyjne i korektę. Trudno pracy tych trzech osób domyślić się czytając książkę. Zatrzymajmy się na moment na osobach autora i recenzenta. W katalogu ludzi nauki odnajdziemy tematykę ich prac doktorskich, habilitacji, listę recenzowanych prac oraz doktoratów, które pod och kierunkiem powstawały. Okazuje się, że są to dość ścisłe związki. Marek Ordyłowski (recenzent książki) był także recenzentem rozprawy habilitacyjnej Stanisława Zaborniaka. Nie uchylił się także przed recenzowania kilku prac doktorskich, których promotorem był autor „Zawodów marszowych...”. Chętni znajdą zapewne jeszcze kilka innych powiązań między panami. System zależności i układów w polskiej nauce jest na pewno jedną z przyczyn niskich notowań polskich uczelni w światowych rankingach.

Dość jednak tych ogólnych wrażeń. Czas przejść do konkretów. Autor podzielił swą pracę na siedemnaście rozdziałów. Pierwszy z nich stanowi wstęp historyczny, który według autora miał dać podbudowę historyczną dla dalszej części książki. Piętnaście poświęcono opisowi kolejnych Marszów (w 1934 r. zawody nie odbyły się ze względu na powódź, jaka nawiedziła Małopolskę). Rozdział dotyczący tego właśnie roku ma w zasadzie charakter zbioru fotografii związanych z tematem, z bardzo skromnym opisem dotyczącym wydarzeń inspirowanych wydarzeniami sprzed dwudziestu lat. Do tego dodać należy wstęp, zakończenie i posłowie. Zacznijmy jednak od spisu treści. Tytuł wyraźnie wskazuje, że chodzi o zawody marszowe związane z Pierwszą Kompanią Kadrową. A oto jakie nazwy Marszów znajdziemy w spisie treści:

  • Zawody Marszowe Związku Strzeleckiego Szlakiem I Brygady Kadrowej Legionów Polskich,

  • Zawody Marszowe Związku Strzeleckiego Szlakiem Kraków–Miechów–Jędrzejów–Kielce w dniach 6-8 lutego (sic!) 1926 r.,

  • Marsz Szlakiem I Brygady Legionów Polskich z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Kompanii Legionów z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Brygady z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Brygady Kadrowej z Krakowa do Kielc.

Zasadniczo dla osób trochę zaznajomionych z historią „kadrówek” spojrzenie na ten spis mówi wszystko o przygotowaniu autora do opracowania tematu. Nie powinno się kopać leżącego, ale pewne rzeczy powinny być nazwane po imieniu. Stanisław Zaborniak publikując recenzowaną pozycję dowodzi, że zabrał się za temat, o którym nie ma najmniejszego pojęcia i gdyby dwa-trzy lata temu rozgarnięty gimnazjalista dostał do dyspozycji te same materiały, które miał autor, to napisałby przy minimum dobrej woli książkę o zdecydowanie wyższym poziomie.

Nie mogę dyskutować z autorem w kwestii wyników zawodów marszowych w poszczególnych latach. Nie badałem dokumentów w Centralnym Archiwum Wojskowym oraz każdorocznych relacji z Marszu w tym zakresie i przyjmuję, że nie popełnił rażących błędów w kolejności zajmowanych przez drużyny miejsc. Bo co do czasów, jakie zajęło im pokonanie poszczególnych odcinków, to niestety różowo nie jest.

Jednak po kolei. Już we „Wstępie” znaleźć można kilka niepokojących informacji. Skąd autor wziął zapis Bolesław Wieniawa Długoszowski (s. 15), a nie Wieniawa-Długoszowski też nie jest wiadome. Generała uznano na tej samej stronie za liczącego się polityka. W panteonie znanych dowódców z okresu walk o niepodległość znalazł się niejaki Szczepan Konarski. W wymienionych pozycjach książkowych, które autor wykorzystał (?) przy pisaniu recenzowanej pracy znalazła się książka Stanisława Jana Rostworowskiego Nie tylko Pierwsza Brygada, który nie wiedzieć czemu występuje jako Roztworowski J. S. (s. 18 i w indeksie nazwisk),

Największy problem autorowi sprawił rozdział I mający w zamierzeniu autora pracy być wstępem historycznym, ukazującym dzieje Legionów Polskich, ze szczególnym uwzględnieniem okresu tworzenia Pierwszej Kompanii Kadrowej. W samym tytule rozdziału znajdziemy stwierdzenie, że będzie on traktował o rekrutacji do tejże kompanii. Brak wiedzy autora skazuje nas na domysły, że istniały jakieś sposoby, by znaleźć się w tejże w sposób inny, niż wyznaczenie przez kompetentne osoby ze Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. O żadnej rekrutacji mowy nie mogło być, sprawę przynależności do niej regulował rozkaz. Na stronie 22, w drugim przypisie błędnie zacytowano źródło dotyczące cytatu. Przywołany Informator dotyczył XXXV, a nie XXV Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej. Kolejny problem z tytułem w przypisie znajdziemy trzy strony dalej. Konia z rzędem temu, kto będzie wiedział o jakiej Polskiej Organizacji Światowej chodzi w przypisie siódmym. Na stronie 26 znajdziemy nazwę ZS „Strzelec”. To pierwszy z wielu przypadków użycia jej na kartach książki. Nie było do 1939 r. organizacji o tej nazwie. Był Związek Strzelecki, był „Strzelec”. Tę ostatnią nazwę w okresie międzywojennym wykorzystywano jako popularnego określenia dla Związku Strzeleckiego. Natomiast zbitki tej nie używano. Na stronie 36 przedstawiono zdjęcie Józefa Piłsudskiego datując je na ok. 1910 rok, choć wyraźnie widać, że jest ono o pięć lat młodsze. Na tej samej i następnej stronie w podpisach pod zdjęciami użyto podpisów „członek WZ Strzeleckiego”. Chodzi oczywiście o Wydział Związku Strzeleckiego, co prawidłowo ujęto zaledwie w jednym przypadku. Kolejny błąd znajdujemy na s. 38 w podpisie pod fotografią 28. Według autora to „Drużyny Bartoszowe” i legioniści w trakcie rekrutacji do I KK. Według Stanisława Zaborniaka pod koniec 1912 r. wydane zostały przez Józefa Piłsudskiego rozkazy mobilizacyjne, a akcja mobilizacyjna rozwinęła się dość szybko. Faktycznie 17 X i 12 XII 1912 r. ukazały się rozkazy dotyczące mobilizacji, ale były one tylko wytycznymi do tego, jak proces ten ma przebiegać po wydaniu rozkazu o niej, a nie faktycznym zarządzeniem tejże. Kolejny błąd znajdziemy na stronie 48, gdzie rzekomo już 11 lipca 1914 r. Kazimierz Sosnkowski określił stan uzbrojenia I Kompanii Kadrowej. Nie mówiąc o tym, że w lipcu nie było jeszcze legionistów. Z książki dowiemy się, że wymagania zdrowotne wobec legionistów nie były wymagające (s. 54) oraz, że istniały w ZS koła strzeleckie. Dobrze, że nie były to koła łowieckie. Trzy strony dalej mowa jest o zawodach marszowych szlakiem I Brygady Legionów. O tym, że autor nie ma bladego pojęcia o wydarzeniach związanych z Legionami Polskimi świadczy też fakt, iż uznaje za możliwe przeniesienie w styczniu 1915 r. Centralnego Biura Werbunkowego z Warszawy do Piotrkowa. Przypomnę tylko, że Warszawa została zajęta przez Niemców pół roku później i nie ma możliwości, by pracowała w niej wcześniej jakakolwiek agenda werbunkowa Naczelnego Komitetu Narodowego.

Obszerną listę błędów zawiera ta część rozdziału, która poświęcona jest wydarzeniom poprzedzającym wymarsz „Kadrówki”. Jak wiadomo rozpoczęły ją działania patrolu pod dowództwem Władysława Beliny-Prażmowskiego (uporczywie nazywanego przez autora Prażmowski vel Belina). Można się spierać czy za wczesne godziny nocne można uznać okres po północy, ale bezsprzecznym faktem jest, że patrol przeprowadzał zwiad, a nie wykonywał rajd, jak wielokrotnie możemy przeczytać na łamach omawianej pozycji. W przypisie na stronie 67 błędnie wskazano datę przybycia patrolu do Goszyc. Miało to miejsce 3 sierpnia, a nie 2 lipca 1914 r. Kolejna strona przynosi w przypisie poświęconym Zygmuntowi Karwackiemu (Z. Karwackiemu vel Bończa, jak pisze autor) powtórzenie informacji zawartych jedno zdanie wcześniej. Rozbieżność w datowaniu tego samego wydarzenia mamy na stronach 65 i 78 (data wypowiedzenia wojny Rosji przez Austro-Węgry). Na stronach 87-88 zamieszczone zostały dwa zdjęcia wykonane w trakcie mszy św. odprawionej dla żołnierzy Józefa Piłsudskiego. Pierwsze opisano błędnie jako rynek pod katedrą (powinno być plac), a drugie datowane jest na 8 sierpnia 1914 r., choć do Kielc strzelcy Józefa Piłsudskiego wkroczyli dopiero cztery dni później. Do podpisów pod zdjęciami i do samych zdjęć autor nie ma szczęścia. Przykładem jest choćby powtórzenie fotografii numer 29 i 95.

Częścią rozdziału I jest podrozdział traktujący o dowódcach I Kompanii Kadrowej. Na jakiej zasadzie dokonywano wyboru i kolejności prezentowanych sylwetek trudno odgadnąć. Rzekomymi dowódcami byli według prof. Zaborniaka: Kazimierz Sosnkowski, Bolesław Długoszowski, Tadeusz Kasprzycki, Jan Kruszewski, Aleksander Litwinowicz, Kazimierz Piątek, Stanisław Burhardt „Bukacki”, Henryk Paszkowski „Krok” i Józef Piłsudski. Kolejność ani alfabetyczna, ani według hierarchii. Być może układ ustalono w drodze losowania.

Na stronach 110-111 znajdziemy powtórzenie informacji o wyposażeniu uczestnika Marszu w 1924 r. Jedyna różnica to ta, że pierwsza została ujęta w formie cytatu. Kolejne powtórzenia dotyczą wyników indywidualnych III etapu z tego samego roku. Znajdujemy je na stronach 114, 116 i 119. W rozdziale poświęconemu o rok późniejszemu Marszowi kolejna zagadka. Według autora startowało 14 drużyn, tzn. około 832 zawodników. Przypis odsyła do czasopisma „Stadion” z 1928 r. Po sprawdzeniu okazuje się, że ilość startujących się zgadza, ale z rokiem 1928 i nie uwzględnia drużyn żeńskich. Zadać sobie należy pytanie. Czy profesor nie umie liczyć, czy może to wina któregoś z jego studentów, który w pracy licencjackiej czy magisterskiej popełnił błąd, następnie bezkrytycznie powielony? Po raz kolejny powtórzono trzy pierwsze miejsca indywidualne na stronach 123-124. Wróć! Na stronie 123 zwycięzcą jest S. Kmicic z Krakowa, a stronę dalej Władysław Kmicic (też z grodu Kraka). Okazuje się, że nie tylko w „Seksmisji” w Archeo był no, ten... bałagan. To samo według Zaborniaka miało miejsce w Wojsku Polskim. Dowiadujemy się, że w 1927 r. istniał w nim 8. pp Legionów oraz 8. pp legionowej. I każdy z nich wystawił drużynę marszową. Korekta zwiodła na stronie 154, gdzie błędnie podano wynik 10. pp z Łowicza. Kolejna rozbieżność dotyczy stron 202 i 205. Na pierwszej dowiadujemy się, że uczestnikom zawodów w 1931 r. przysługiwały dwie przerwy na wypoczynek (15 i 30 minut), a na drugiej z nich, że trwał on godzinę. Nie wiadomo jak liczył Stanisław Zaborniak uczestników przystępujących do II etapu Marszu w 1931 r. Drużyny liczyły 13 osób, a według niego 31 drużyn, to 221 osób (s. 206). Stronę dalej trafiamy na 57. pp leg. (sic!). Podobny błąd jest na s. 291, gdzie występuje 14. pp legionowej. Niewątpliwie ze zdziwieniem przeczytamy na stronie 209, że 8. pp Leg. stacjonował w Wilnie, a 14. p.uł. w Lublinie. Błędny podpis znalazł się pod fot. 240 (s. 219). Jest to zdjęcie z 5 sierpnia, a nie 5 maja 1931 r. Grób Nieznanego Żołnierza, to nazwa własna, więc oczekiwać by można, że będzie pisany z dużych liter. Niestety korekta zawiodła po raz kolejny (s. 226). Dla Stanisława Zaborniaka powstaniec listopadowy czy styczniowy, to jeden czort. Niejeden z czytelników ze zdziwieniem przyjmie informację, że Józef Dargun był uczestnikiem zrywu z 1830 r., choć dosłownie kilka centymetrów powyżej jest fotografia z podpisem informującym, że uczestniczył w powstaniu 1863 r.

Spore zamieszanie wnoszą podpisy pod zdjęciami na stronie 287. Pierwsze z nich rzekomo ma być dokumentem ze zjazdu uczestników marszu Pierwszej Kompanii Kadrowej, choć oczywiście są to żołnierze Pierwszej Kompanii Kadrowej zebrani po latach z okazji rocznicy wymarszu. Na drugim ze zdjęć, wykonanym według autora 5 sierpnia 1935 r. widzimy gen, Tadeusza Kasprzyckiego jako wiceministra spraw wojskowych, choć od śmierci Marszałka zajmował on stanowisko ministra. Uczestniczyłem w odsłonięciu kilku pomników, ale ani razu nie byłem na ich otwarciu. Być może jednak w 1936 r. w Michałowicach otwierano pomnik Tylko kto go zamknął? Nie tylko u Stanisława Zaborniaka trafiamy (s. 300) na błędny zapis imion i nazwiska gen. Felicjana Sławoja Składkowskiego. Nie do końca jesteśmy pewni czy w 1936 r. w zawodach uczestniczyła drużyna 53. czy 35. pp. O tej pierwszej mowa na stronach 300 i 302, o drugiej także na s. 302. I nie zachodzi tu możliwość, że oba pułki wystawiły swą reprezentację, ponieważ w zawodach uczestniczyły tylko dwie drużyny wojskowe, a jedną z nich była ta wystawiona przez 3. psp. Kolejną wpadkę korekty znajdziemy na s 308, gdzie błędnie zapisano nazwisko gen. Stanisława Burhardt-Bukackiego. Jednoznacznie należy stwierdzić, że Stefan Artwiński nie był wojewodą kieleckim, a Batalion Telefoniczny (co to za twór?) nie stacjonował w Zgierzu. Chodzi oczywiście o Batalion Telegraficzny z Zegrza. Oba te błędy znalazły się na s. 335.

Nie jestem specjalistą od wydawania książek, ale myślę, że można by wprowadzić zwyczaj palenia na stosie (przynajmniej symbolicznie) tych, którzy nie potrafią sporządzić przyzwoitego indeksu nazwisk. Jakie „kwiatki” znajdziemy w recenzowanej książce? Nikt nie zadał sobie trudu, by rozwinąć inicjały imion osób, które w tekście w ten sposób zostały zapisane. Stąd w indeksie m.in.: Biliński L., Lipiński W., Nałęcz T., Prugar-Ketling B., Suleja W. czy Wasilewski L. W przypadku Zygmunta Zygmuntowicza zabrakło nawet inicjału imienia. Niemniej jednak te uchybienia to nic w porównaniu do innych niedociągnięć. W indeksie znajdziemy Hankę-Kuleszę i Stefana Kuleszę, Długoszowskiego Bolesława Ignacego „Wieniawę”, Długoszowskiego Bolesława W. oraz Wieniawę B., Wieniawę-Długoszowskiego Bolesława i Wieniawę-Długoszowskiego Bolesława płk. Kto to jest Bartla K.? Z tekstu wynika, że był premierem. Czy różnią się Burhardt-Bukacki ze strony 75 od Burhardt-Bukackiego Stanisława Bar. gen. z tej samej strony? Czy Grzmot-Skotnicki Stanisław ze strony 106, to ktoś inny niż Skotnicki Grzmot (s. 73) i Skotnicki Stanisław ze stron 66 i 67? Według mnie nie, ale autor indeksu jest innego zdania. Okazuje się, że dodanie stopnia do nazwiska tworzy z jednej osoby dwie różne. Tak stało się m.in. w przypadku Władysława Rusina czy Edwarda Rydza-Śmigłego. Nóż w kieszeni otwiera się, gdy trafia się na zapis: Orlicza-Derszera Gustaw i Orlicz-Dreszer Gustaw oraz Sławoja-Składkowski Felicjan oraz Sławoj-Składkowski Felicjan gen. Przyznam szczerze, że ból, jaki sprawia mi opisywanie tego niechlujstwa, by nie rzec barbarzyństwa, powoduje, że na tych przykładach poprzestanę.

Po tym co napisałem rodzi się jedno pytanie. Czy naprawdę w książce profesora nie ma żadnych plusów? Ja znajduję tylko jeden. Duża ilość materiału zdjęciowego. Dotyczy on zarówno zdjęć z zawodów marszowych, uroczystości związanych z rocznicą wymarszu Kadrówki czy okolicznościowych pamiątek przygotowywanych dla upamiętnienia kolejnych zawodów.

Tak jak ekstremalne bywały i bywają warunki, w których pokonuje się trasę z Krakowa do Kielc, tak samo ekstremalni muszą być nabywcy recenzowanej książki. Ja postawię ją na półce tylko z obowiązku, a nie dla przyjemności.

Dariusz Nowiński

Ocena recenzenta

Temat i treść: 5/10

Język, styl, kompozycja tekstu: 6/10

Forma wydawnicza: 8/10

Informacje o publikacji

Tytuł: Zawody Marszowe Szlakiem I Kompanii Kadrowej Legionów Polskich z Krakowa do Kielc (1924-1939)

Autor: Stanisław Zaborniak

Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego

Rok wydania: 2019

Ilość stron: 407

Format: 160x230 mm

Okładka: miękka

ISBN: 978-83-7996-806-0

18 Gru

Od Wilna po Dynaburg

Opublikowano w Recenzje

Od Wilna po DynaburgW jednej z wielu teczek, wchodzących w skład moich zbiorów, znajduje się kserokopia książki wydanej sto lat temu. Na temat ponownego jej wydania rozmawiałem z wydawnictwem, które kilka książek tego samego autora ma w swojej ofercie. Niestety, z różnych względów książka ta na ten moment nie została przez nich wznowiona. Doczekała się natomiast wydania w jednym z nowych i prężnych wydawnictw.

Stanowi ona zamkniecie pewnego etapu w życiu autora, rozpoczętego w październiku 1914 r., kiedy to wstąpił w szeregi 1. pułku piechoty Legionów. Różni się od dziennika prowadzonego przez trzy lata służby w szeregach legionowych i bardziej formą przypomina pozycję poświęconą obronie Lwowa w 1918 r. Jeśli dodamy, że autor „popełnił” jeszcze dziennik z obrony Warszawy w 1939 r., to dla każdego interesującego się historią Polski XX wieku jasnym się stanie, że chodzi o Wacława Lipińskiego i jedną z najmniej znanych jego książek, czyli „Od Wilna po Dynaburg”.

Autor, jako oficer 5. pułku piechoty Legionów, nie zdążył wziąć udziału w wyzwoleniu ukochanego miasta Marszałka w kwietniu 1919 r. Odpowiadał, jako oficer, za wyszkolenie rekrutów, których wcielono do tego pułku. III batalion, dowodzony przez kpt. Władysława Bortnowskiego proces formowania i szkolenia zakończył na tyle późno, że pojawił się w Wilnie już po zajęciu miasta. Był to zarazem moment rozpoczęcia polskiej ofensywy przeciwko bolszewikom. Kilkumiesięczny okres walk zawarty został na ponad 120 stronach wspomnień.

Książka zasługuje na uwagę z kilku względów. Co prawda opis tych walk znajdziemy na łamach wydanych kilka lat temu wspomnień Wilhelma Wilczyńskiego czy w zarysie historii wojennej 5. pp Legionów z końca lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale ze względu na odmienny charakter opisu niż to miało miejsce w przypadku wspomnień z okresu legionowego warto poznać ewolucję stylu pisarskiego Wacława Lipińskiego. Jeszcze ciekawszy jest poznawanie kształtowania się swoistego esprit de corps, tak charakterystycznego dla pułków wywodzących swą tradycję z I Brygady Legionów Polskich. Żołnierze wcieleni do pułku w początkach kwietnia 1919, pochodzący z ziemi łomżyńskiej i lubelskiej, w ciągu miesiąca zaczęli przypominać tych, którzy służyli pod dowództwem Józefa Piłsudskiego. Przykładem tego może być dialog jednego z młodych żołnierzy z ppor. Lipińskim:

„(...) Jedna granata, to ino tuż, tuż wedle kapitana się rozerwała – ale on nic. Zaklon tylko i szedł dalej.

  • A coś ty chciał? Dęba miał kroić?...

  • Nie, panie poruczniku, ino ze śtabu – to przecie nienawykłe. Zawdy tam oni na mapach ino wojują – pokpiwa mój rekrut, który już zaczyna z lekceważeniem odzywać się o tych, których nie ma na pierwszej linii...”.

Przez karty recenzowanej pozycji przewijają się znane z historii nazwy miejscowości, takich jak Smorgonie czy Mołodeczno, ale także nazwiska oficerów, którzy w wojnie polsko-bolszewickiej odegrali znaczącą rolę (np. Śmigły-Rydz czy Dąb-Biernacki). Dla łodzian ważne są postacie pochodzące z rodzinnego miasta Wacława Lipińskiego. Należą do nich polegli w czasie tamtej wojny i pochowani na łódzkim Starym Cmentarzu Julian Neumark (autor opisuje okoliczności jego śmierci) czy Stanisław Wolski, a także Marian Pacholski, późniejszy adiutant Marszałka, który w czasie walk wiosną 1919 r. dostał się do rosyjskiej niewoli.

W tej niezbyt przecież obszernej pozycji zaskakująco dużo jest obserwacji o charakterze socjologicznym. Opis warunków w jakich żyli mieszkańcy miejscowości, przez które przechodziła kompania Lipińskiego, stosunki narodowościowe i zniszczenia będące następstwem okupacji niemieckiej i bolszewickiej stanowić mogą przydatne uzupełnienie dzieł o charakterze naukowym. Nie uszło uwadze autora jak szybko przebiegać może utrata znajomości ojczystego języka w momencie odseparowania od środowiska polskiego, co doskonale ilustruje rozmowa z Polakiem - byłym żołnierzem austriackim przebywającym przez cztery lata na Syberii.

Do ciekawych fragmentów książki zaliczyć należy też opis potyczek z bolszewickim pociągiem pancernym, zwanym popularnie pancerką. Był on jednym z większych problemów dla piechoty nie posiadającej wsparcia artylerii. Dzięki Wacławowi Lipińskiemu dowiadujemy się też, w jaki sposób radzono sobie z pozyskiwaniem wiadomości od nieprzyjaciela w czasie rzeczywistym. I nie były to metody stosowane równolegle przez porucznika Jana Kowalewskiego. Książka pokazuje też, że na wojnie często pomaga przypadek, co dobrze unaocznia opis sytuacji zdobycia map wojskowych, którymi zasłonięte było okno w jednej z chałup zajmowanych przez żołnierzy „Sochy”.

Kolejnym, choć nie ostatnim argumentem, skłaniającym do zakupu książki jest jej cena. Na okładce określono ją na 20 złotych, ale zarówno na stronie wydawnictwa, jak i w księgarni, w której ją nabyłem można wydać o kilka złotych mniej.

Podsumowując należy stwierdzić, że dzięki Wydawnictwu Miles otrzymujemy ważne świadectwo dotyczące wojny polsko-bolszewickiej i to w okresie dużo mniej znanym niż rok 1920. Świetne pióro autora, barwne opisy walk i przede wszystkim zamknięcie cyklu wspomnieniowego Wacława Lipińskiego (oczywiście chodzi o wydawnictwa po roku 1989) powodują, że książka „Od Wilna po Dynaburg” ze wszech miar zasługuje na uwagę i zakup. Opinii tej nie zmieniają drobne błędy literowe, na które trafiamy praktycznie w każdej książce.

Dariusz Nowiński

Ocena recenzenta

Temat i treść: 10/10

Język, styl, kompozycja tekstu: 9/10

Forma wydawnicza: 8/10

Informacje o publikacji

Tytuł: Od Wilna po Dynaburg

Autor: Wacław Lipiński

Wydawnictwo: Miles

Rok wydania: 2020

Ilość stron: 132

Format: 145x205 mm

Okładka: miękka

ISBN: 978-83-66715-29-5

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version