Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Pałac Brühla w Warszawie 1908

Służba zagraniczna to jeden z najważniejszych nerwów organizmu państwowego, toteż osoby zainteresowane dobrem państwa powinny – podobnie, jak w przypadku wojska czy służb specjalnych – uważnie śledzić wpływ, jaki wywiera na jej działanie obecny reżim demokratyczny. W dotychczasowych dziejach Republiki Okrągłego Stołu utrzymuje się praktyka polegająca na tym, że każda kolejna ekipa rządowa dokonuje w aparacie dyplomatycznym czystki personalnej, a wytworzone w ten sposób wakaty obsadza własnymi nominatami dobranymi według klucza partyjno-towarzyskiego. Nie jest to z pewnością metoda na zapewnienie ważnej instytucji ciągłości działania i profesjonalizmu funkcjonariuszy. Dla porównania, to, co w Republice Okrągłego Stołu ponawia się z każdą kadencją parlamentarną – rekonstrukcja personalna służby dyplomatycznej państwa – w dwudziestoletniej historii Polski niepodległej zdarzyło się zasadniczo tylko dwukrotnie, za każdym razem z odmiennych powodów.

      Współczesne demokratyczne praktyki przypominają wydarzenia z pierwszej połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy ministerstwo spraw zagranicznych przejęła endecja. W 1923 r., w wyniku podziału politycznych łupów dokonanego w międzypartyjnej umowie znanej jako „pakt lanckoroński”, szefem polskiej dyplomacji został jeden z jej parlamentarnych liderów Marian Seyda. Nowy minister energicznie przystąpił do realizacji podstawowego naówczas celu politycznego endeków – usunięcia z rozmaitych funkcji państwowych osób kojarzonych z darzonym przez nich niechęcią (eufemistycznie mówiąc) byłym Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem, Józefem Piłsudskim. Do rozprawy ze środowiskiem uważanym przez nich za przeciwników politycznych ośmieliła narodowych demokratów rezygnacja Marszałka z ostatnich sprawowanych przezeń instytucji państwowych w tym samym roku. W dość krótkim czasie minister Seyda zwolnił ze służby zagranicznej szereg kompetentnych pracowników, uchodzących za członków obozu piłsudczykowskiego. Spotkało to osoby nawet luźno związane niegdyś z Marszałkiem Piłsudskim, np. wybitnego historyka prof. Szymona Askenazego (1866-1935), odwołanego ze stanowiska przedstawiciela Polski przy Lidze Narodów. Usuniętych zastępowano często endeckimi działaczami partyjnymi, a jeszcze częściej – świeżo zatrudnionymi młodymi ludźmi, pozbawionymi praktycznej wiedzy o świecie dyplomacji, jako jedynym atutem legitymującymi się zdobytym niedawno wyższym wykształceniem. Polityka personalna Seydy i jego współpracowników nosiła znamiona zwykłej partyjnej wendetty, toteż kiedy była kontynuowana przez następnego ministra spraw zagranicznych z endeckiej nominacji, Romana Dmowskiego, a później przez gabinety prof. Władysława Grabskiego i dr. Aleksandra Skrzyńskiego, zaczęła wokół niej narastać atmosfera skandalu, zwłaszcza, że niektóre z ofiar czystki decydowały się walczyć z niesprawiedliwym traktowaniem. Władysław Baranowski po wyrzuceniu przez Seydę ze służby dyplomatycznej zaskarżył MSZ do Trybunału Administracyjnego i proces wygrał, w wyniku czego musiał zostać na powrót przyjęty do służby (objął stanowisko posła polskiego w Bułgarii). W sposób surowy zareagował płk Ignacy Matuszewski (1891-1946), jeden z najwybitniejszych oficerów polskiego wywiadu, były szef i współtwórca wojskowych służb specjalnych Polski niepodległej, pełniący podówczas funkcję attaché wojskowego we Włoszech. Na początku 1926 r. zwolniono ze służby dotychczasowego posła polskiego w Rzymie, Augusta Zaleskiego (1883-1972), doświadczonego dyplomatę, ale piłsudczyka; zastąpił go Stanisław Kozicki (1876-1958), wybitny działacz endecji i nacjonalistyczny pisarz polityczny. Matuszewski, przedkładając nowemu kierownikowi poselstwa bieżące raporty wywiadowcze, złożył mu przy tym oświadczenie na temat trwającej wewnątrz ministerstwa nagonki na członków środowiska piłsudczykowskiego. Zaznaczając, iż jako żołnierz nie angażuje się w żadne rozgrywki polityczne, oznajmił zarazem bez niedopowiedzeń: jestem zaliczany i poczuwam się dla należenia do obozu tzw. "piłsudczyków", przez co rozumiem nie jakąś, nie istniejącą zresztą, konspirację, ale wprost tych ludzi, którym obiektywny i sumienny sąd o sprawach Polski każe uważać Marszałka Piłsudskiego za siłę dziejową, jakiej równej w naszej historii szukać trzeba aż w czasach Stefana Batorego – oraz, że usunięcie Marszałka Piłsudskiego od udziału w budowie powstającej Polski jest Jej krzywdą. W związku z tym wyraził gotowość złożenia dymisji w każdej chwili, jeśli poseł nie życzy sobie jego obecności. Zdumiony Kozicki odparł w końcu, że żadnych powodów do jego odwołania nie widzi.
 

Marian_Seyda_TI

Marian Seyda minister spraw zagranicznych w rządzie W. Witosa.

      Objęcie MSZ wpływem endecji znalazło wyraz nie tylko w partyjnej czystce personalnej w aparacie dyplomatycznym; wpłynęło również na opracowywane w ministerstwie koncepcje polityki zagranicznej, które zaczęto dostosowywać do tez endeckiej ideologii. Jako przykład posłużyć może Opinia MSZ w sprawie polityki bałtyckiej, przygotowana w Wydziale Wschodnim MSZ pod koniec 1925 r. Jądro dokumentu stanowiło twierdzenie, iż Litwa, Łotwa i Estonia są tworem czasowym i istnieć mogą tylko do momentu, kiedy ta czy inna Rosja zechce je włączyć do swego terytorium, w związku z czym wiązanie się z nimi jakimikolwiek traktatami politycznymi i wojskowymi, które mogłyby postawić Polskę w obliczu konfliktu rosyjsko-bałtyckiego jest niedopuszczalne – innymi słowy, postulat rzucenia przez Polskę wymienionych państw na pożarcie ZSRS. Wyrastał on z podstawowego założenia doktryny endecji, głoszącego, że na wschodzie Polska graniczy nie z krajami bałtyckimi, czy wieloetnicznymi ziemiami byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, ani nawet nie z wielonarodowym Związkiem Sowieckim, ale z Rosją i tylko z Rosją, że północna, wschodnia, i południowo-wschodnia granica Polski tworzą zachodnią granicę strefy wpływów Moskwy, w której Polska powinna popierać Moskwę we wszystkim, co ta zechce tam uczynić (łącznie z zamiarami aneksyjnymi w stosunku do położonych tam państw) i z góry akceptować wszelkie rezultaty jej działań. Tym samym życie potwierdziło słowa opublikowane na łamach piłsudczykowskiego pisma teoretycznego „Droga” przez jednego z głównych przedstawicieli tzw. prometejskiej myśli geopolitycznej, Tadeusza Hołówkę (1889-1931), w październiku 1924 r.: Mianowicie zwyciężył strach Narodowej Demokracji przed tą "trzecią Rosją", która w bujnej imaginacji Narodowej Demokracji miała lada dzień przyjść w aureoli niebywałej potęgi i zmieść jak domki z kart te "różne Łotwy, Estonie i Ukrainy", i wymierzyć Polsce – "promotorce" tych fantazji "federalistycznych" – straszliwą karę i zemstę. To był jeden wzgląd. Drugi to chęć lisa, który nie przeszkadza lwu pożerać jego ofiary, by dostać coś niecoś z "królewskiego" stołu dla siebie.

 

AskenazyWadysaw_Baranowski_-_pose_nadzwyczajny_i_minister_penomocny_Polski_w_BugariiAugust_ZaleskiIgnacy_Matuszewski_

Od lewej: Szymon Askenazy, Władysław Baranowski, August Zaleski, płk Igancy Matuszewski

      Funkcjonowanie polskiej służby dyplomatycznej całkowicie odmienił jednak wkrótce zamach majowy. Na fotelu ministra spraw zagranicznych zasiadł na kilka lat – czas wyjątkowo długi, jak na wymuszane wcześniej przez system parlamentarny standardy, w których skład rządu ulegał zmianie niemal z porami roku – August Zaleski, jeszcze niedawno wyrzucony z polskiego poselstwa we Włoszech. W 1931 r. dyrektorem Wydziału Osobowego MSZ został związany wcześniej z wojskowymi służbami specjalnymi kpt. Wiktor Tomir Drymmer (1896-1975). Miał on pozostać na tym stanowisku aż do upadku Państwa Polskiego w 1939 r. (od 1933 r. pełnił równocześnie w MSZ funkcję dyrektora Departamentu Konsularnego). Drymmer jeszcze podczas I wojny światowej zajmował się budowaniem służby wywiadowczej Polskiej Organizacji Wojskowej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej służył w wywiadzie ofensywnym, zaś po jej zakończeniu kierował zorganizowaną przez siebie placówką wywiadowczą „Witteg” w Rewlu (dzisiejszym Tallinie), penetrującą Piotrogród i Moskwę. Propaganda i publicystyka opozycyjnych ugrupowań politycznych otoczyła Drymmera czarną legendę tego, który zaprowadził w polskiej dyplomacji stronniczą i szkodliwą politykę kadrową, wyrzucając ze służby zagranicznej osoby o poglądach nieprzychylnych piłsudczykom, a na ich miejsce zatrudniając lojalnych „swoich” i koleżków (innymi słowy, przypisała mu wcześniejsze praktyki m.in. endeków). W rzeczywistości podjęta przez Drymmera rekonstrukcja aparatu dyplomatycznego została obliczona na odwlekane dotąd naprawienie skutków wcześniejszej, okresami stronniczej bądź przypadkowej, polityki personalnej w MSZ. Drymmer nie prowadził czystki, lecz weryfikację. Zatrudnionych przed kilku laty młodych i zwykle niedoświadczonych pracowników kierowano na praktykę w ministerstwie i staż w jednej z placówek dyplomatycznych, a następnie poddawano zestawowi surowych egzaminów. Drymmer zwolnił też część najstarszych dyplomatów, którzy kształcili się i zdobywali doświadczenie jeszcze w państwach zaborczych, oceniając ich jako nieefektywnych. Dyrektor Wydziału Osobowego MSZ część zastanych przez siebie pracowników placówek zagranicznych Rzeczypospolitej charakteryzował słowami: monokle, getry na nogach, parasole, nie wymawianie litery "r" mówienie przez nos, podawanie dwóch palców temu, kogo uważało się za coś "niższego od siebie”. W ramach pozbywania się tego rodzaju postaci zwolniony został ze służby dyplomatycznej konserwatysta Alfred Chłapowski (1874-1940), wieloletni ambasador we Francji. Drymmer nie usuwał jednak z zasady wszystkich dyplomatów wywodzących się z ery zaborów, o ile ich pracę oceniono jako rzetelną, zatrzymując np. jednego z najbardziej doświadczonych – dr. Alfreda Wysockiego (1873-1959), który swą urzędniczą karierę rozpoczynał jeszcze w służbie Austro-Węgier. O tym, że przeprowadzana przezeń weryfikacja nie była powodowana grupowym interesem, najlepiej świadczy fakt, iż nie ominęła ona również piłsudczyków. Jeden z nich, Stanisław Patek (1866-1944) został zdjęty ze stanowiska ambasadora Polski w Związku Sowieckim (po przerwie objął jeszcze ambasadę w USA, po czym definitywnie opuścił służbę). Paradoksalnie, z powodu swoich poglądów musiał w tym okresie pożegnać się z dyplomacją nie przeciwnik polityczny sanacji, a piłsudczyk – mocarstwowiec i rzecznik prometeizmu Roman Knoll (1888-1946), który od początków niepodległej Polski pracował w MSZ, gdzie pełnił kolejno różne funkcje kierownicze, analityczne i dyplomatyczne. Znany z ciętego języka, odpłacił za to złośliwie Drymmerowi, opisując jego przyjście do ministerstwa w głośnym artykule „Najazd bandytów na dom wariatów”. W ostatecznym rezultacie zaprowadzone przez dyrektora Departamentu Osobowego MSZ zmiany przyniosły redukcję personelu służby zagranicznej (i, co za tym idzie, kosztów jego utrzymania) przy jednoczesnym podniesieniu poziomu jego profesjonalizmu.

 

Wiktor_Drymmer_naczelnik_Wydziau_Osobowego_Ministerstwa_Spraw_ZagranicznychAlfred_Chapowski_-_ambasador_Polski_we_Francji._Fotografia_portretowaAlfred_WysockiStanisaw_Patek

Od lewej: Wiktor Tomir Drymmer, Alfred Chłapowski, Alfred Wysocki, Stanisław Patek

      Czy we współczesnej Polsce można żywić nadzieje, że jakaś siła polityczna utnie zdecydowanie praktykę traktowania służby zagranicznej jako rezerwuaru synekur i ciepłych posadek dla kolegów, krewnych, partnerów w interesach, „zasłużonych” działaczy partyjnych, związkowych itd.? Wydaje się to w najwyższym stopniu wątpliwe. Nie istnieje odpowiedni zasób niepartyjnej kadry, kierującej się etosem państwowców, który mógłby zastąpić zbiór partyjnych nominatów z poszczególnych kadencji parlamentarnych. Brakuje również tradycji i metod kształcenia oraz ośrodków formowania takiej kadry. Nie ma wreszcie woli dokonania tego rodzaju zmiany – wszystkie liczące się ugrupowania polityczne, niezależnie od doraźnych sporów, są zainteresowane utrzymaniem status quo, ponieważ widzą w posadach w aparacie dyplomatycznym swoje przyszłe łupy. Przezwyciężenie owej sytuacji wymagałoby chyba nowego zamachu majowego. Niestety, nie widać w Polsce grupy zdolnej i skłonnej go przeprowadzić.

Adam Danek

fot. NAC, "Tygodnik Ilustorowany" 1923

Gabriel Narutowicz opuszcza gmach Sejmu po zaprzysiężeniu

 

Gdy orszak prezydenta-elekta, który jechał w otwartym powozie dotarł do Alei Ujazdowskich, gruchnęły wyzwiska i wrogie okrzyki: „Precz z żydowskim elektem!” . Trzeba było przystawać, aby policja z pomocą szwoleżerów mogła usunąć barykady. W tym czasie z tłumu posypały się w stronę powozu grudki śniegu zmieszanego z ziemią, a nawet kamienie. Kilka z brył śniegu trafiło Narutowicza w twarz i zerwało mu z twarzy cylinder. W tak upokarzających okolicznościach Narutowicz dotarł po 12. do gmachu Sejmu, który był zapełniony jedynie w połowie. Endecja została pokonana, Narutowicz został zaprzysiężony.

Gabriel Narutowicz urodził się 17 marca 1865 roku w Telszach na Żmudzi, w rodzinie drobnego szlachcica kresowego, uczestnika powstania styczniowego. Po ukończeniu gimnazjum w Lipawie, został studentem najpierw Uniwersytetu w Petersburgu, a następnie Politechniki w Zurychu, którą ukończył z wyróżnieniem w 1891 roku. Podejrzewany przez ochranę o związki z rewolucjonistami musiał pozostać w Szwajcarii, gdzie zasłynął jako projektant elektrowni wodnych. Jednocześnie od 1908 roku wykładał hydroenergetykę na Politechnice w Zurychu.

Gabriel_Narutowicz

Wkrótce po wybuchu I wojny światowej stanął na czele Polskiego Komitetu Samopomocy w Zurychu, w 1915 roku został także przedstawicielem Komitetu Vaveyskiego (powołanego przez Sienkiewicza) w Zurychu. Związał się także ze stowarzyszeniem „Polska a Wojna”, które choć oficjalnie neutralne, jednak w rzeczywistości sprzyjało idei Legionów Polskich. Od czerwca 1919 roku był ekspertem rządu polskiego do spraw technicznych przy inwestycjach hydrologicznych (regulacja Wisły, zbiornik wodny na Sole w Porąbce). Po śmierci w lutym 1920 ukochanej żony, Ewy, powziął ostateczne postanowienie o powrocie do Polski. W lipcu 1920 został ministrem robót publicznych w gabinecie Władysława Grabskiego, a potem w kolejnych rządach. „Przerzucony z kraju o wzorowej cywilizacji – napisał Władysław Baranowski – i to zwłaszcza w tej dziedzinie, w której mu w Polsce przyszło pracować, przy całej swej świadomości, jak tu jest wiele do zrobienia, ani narzekał, ani krytykował, lecz bystro oceniał zakres i teren swej działalności, którą rozłożył na całe lata”. W kwietniu 1922 roku został wiceprzewodniczącym polskiej delegacji na międzynarodową konferencję w Genui. Dzięki jego sprawnej pracy Polska zawarła umowy gospodarcze ze Szwajcarią, Austrią, Belgią, Rumunią, Czechosłowacją i krajami bałtyckimi. Ten sukces zaowocował powierzeniem Narutowiczowi – na specjalne życzenie Piłsudskiego, któremu zaimponowały osiągnięcia ministra w Genui - teki ministra spraw zagranicznych w rządzie Juliana Nowaka. Najpilniejszą sprawą była zmiana prowizorycznego stanu posiadania przez Polskę Galicji Wschodniej, którą formalnie tylko administrowano z ramienia Ententy. Narutowicz był zwolennikiem szerokiej autonomii, jednak endecja nie zgadzała się na takie rozwiązanie. W prasie endeckiej zarzucano Narutowiczowi uległość w stosunkach z mocarstwami zachodnimi, bez zgody których Polacy nie mogą przeprowadzić wyborów na tym terytorium. We wrześniu 1922 roku Sejm Ustawodawczy uchwalił ustawę samorządową, dającą trzem małopolskim województwom dużą autonomię w dziedzinie gospodarczej i kulturalnej. Jej uchwalenie było bezsprzeczną zasługą Narutowicza i doprowadziło do uznania przez Ententę status quo w Galicji Wschodniej.

W trakcie brutalnej kampanii wyborczej, prasa związana z endecją szczególnie ostro występowała przeciwko Blokowi Mniejszości Narodowych, wszystkich zaś, którzy przejawiali choćby najmniejsze gesty aprobaty wobec tego bloku nazywano zdrajcami. Drugim celem przedwyborczych ataków endecji był Naczelnik Państwa, który jak przypuszczano zostanie kandydatem na urząd prezydenta. Wybory nie przyniosły jednego zwycięzcy, choć obóz narodowy zdobył 29% głosów i 163 mandaty poselskie. Ani prawica, ani lewica, pomijając mocno uszczuplone centrum, nie były w stanie sprawować samodzielnie władzy. W tych warunkach musiało dość do porozumienia między różnymi partiami, a nie było to łatwe, gdyż agresywna kampania wyborcza spotęgowała wzajemne urazy.

Na inauguracyjnym posiedzeniu sejmu w dniu 28 listopada 1922 roku, Józef Piłsudski powiedział: „Dotychczasowe życie polityczne Rzeczypospolitej nie wykazało wybitnych zdolności naszych do współpracy. Sądzę zatem, że będę w tym wypadku rzecznikiem wszystkiego, co żyje i pracuje poza tą salą, gdy zwrócę się do panów z apelem, abyście przykładem swoim stwierdzili, że w naszej ojczyźnie istnieje możność lojalnej współpracy ludzi, stronnictw i instytucji państwowych”. Lewica i centrum przyjęła przemówienie Naczelnika Państwa owacyjnie, natomiast prawica okazała wyraźną niechęć. Prawica „zachowywała się nie tylko wrogo, a nawet wprost niekulturalnie, bo – jak wspominał gen. Jacyna - przy otwarciu przez niego Sejmu, przy jego odejściu, z prawicy nikt nie powstał”. Wyraźnie odczuwano napięcie przed wyznaczonym na sobotę 9 grudnia wyborem prezydenta.

4 grudnia Piłsudski oświadczył, że kandydować nie będzie, gdyż nie byłby właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, gdyż jego „ciężka ręka” nie pozwala mu chodzić drogami kompromisu, na które to będzie skazany prezydent. Następnego dnia „Gazeta Warszawska” z nie ukrywanym zadowoleniem informowała czytelników, że „teraz wszystko ma szansę się zmienić na lepsze”, gdyż w wyniku ostatniej decyzji Piłsudskiego „przełom został dokonany” – usunięta została zapora uniemożliwiająca „wprowadzenie życia państwowego na tory spokojne, zrównoważone, normalne, na tory praworządności”. Podobną opinię wyraził Stanisław Stroński w „Rzeczypospolitej” w artykule pod wielce mówiącym tytułem „Zmierzch i świt”, w którym wyraził nadzieję, iż „przed nami świt prawa i spokojnej pracy, ku któremu żywiołowo zmierza społeczeństwo”. „Gazeta Poranna 2 Grosze” podawała, iż „ze strony lewicy najgorliwiej są wysuwane dwa nazwiska: ministra Gabriela Narutowicza i byłego ministra Stanisława Wojciechowskiego. Obaj kandydaci zbyt blisko związani z Naczelnikiem Państwa, by można było te osobistości tratować jako samodzielne”. Dodatkowo – jak podkreślała gazeta „są oni życzliwie traktowani przez mniejszości narodowe”. Z tego ostatniego powodu nie były to kandydatury, które mogłyby być godnymi, gdyż – jak pisma „Gazeta” „wątpimy, czy możliwy byłby w Polsce prezydent czy rząd, zawdzięczający swą władzę Żydom, Niemcom i Ukraińcom”.

Narutowicz początkowo nie zgadzał się kandydować, gdyż przekonany był, iż Marszałek popierał Stanisława Wojciechowskiego, jednak 9 grudnia na nalegania przywódcy PSL „Wyzwolenia” Stanisława Thugutta powiedział: Ja kandydatury swojej nie stawiam, jeżeli ją postawi, nie mam na to rady”.

Pewność zwycięstwa endecji zamieniała się we wściekłość po przegranej. Zgromadzenie Narodowe w piątym głosowaniu, niespodziewanie wybrało na urząd prezydenta Gabriela Narutowicza 289 głosami przeciw 228 głosów, które padły na Maurycego Zamoyskiego – kandydata endecji. Najbardziej zaskoczony obrotem sprawy był sam Narutowicz, zajęty w dniu wyborów redagowaniem noty do Ligii Narodów w sprawie aktów bezprawia, jakich dopuszczali się Niemcy w stosunku do ludności polskiej, zamieszkałej w Niemczech. Narutowicz, do którego przybyli obaj marszałkowie z zawiadomieniem o wyborze, oświadczył, iż nie uchyli się przed decyzją Zgromadzenia Narodowego. Zaprzysiężenie pierwszego prezydenta RP wyznaczono na poniedziałek 11 grudnia o godz. 12.00.

Jeszcze w ten sobotni wieczór wiadomość o dokonanym wyborze obiegła Warszawę. Zaczęły się pierwsze awantury uliczne – gdy Narutowicz wracał z MSZ do domu, na Nowym Świecie podekscytowany tłum „rzucił się na powóz, zamigotały czapki studenckie i posypał się grad uderzeń kijami w szyby – wspominała siostrzenica Narutowicza, Zofia Kodisówna. Na głównych ulicach stolicy odbywały się pochody niezadowolonego tłumu, który z okrzykami „Precz z Narutowiczem!”, „Hańba mu!”, ruszył ku Alejom Ujazdowskim pod mieszkanie gen. Józefa Hallera. Generał ukazał się w oknie i wygłosił przemówienie , w którym podkreślił: „W dniu dzisiejszym Polskę, o którą walczyliście sponiewierano. Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i przybiera jak fala”. Następne dnia gazety związane z endecją jeszcze bardziej podsycały te namiętności warszawskiej ulicy. Atakowano Narutowicza, podkreślając, że całe życie spędził poza krajem i jako człowiek bogaty jest reprezentantem światowej finansjery. Kwestionowano też sposób, w jaki został wybrany. „Idące pod komendą żydowską – pisała „Gazeta Poranna 2 Grosze” – mniejszości narodowe, które weszły do Sejmu Polskiego pod hasłem rozbijania Państwa Polskiego i odsunięcia większości polskiej od włodarstwa we własnym Państwie, działały z żelazną konsekwencją i logiką”. „Walka o Polskę, – wzywała na koniec „Gazeta” – o prawa Narodu Polskiego trwa dalej, i w walce tej Naród Polski Musi być zwycięzcą”. Bezsprzecznie największy wkład w kształtowanie opinii publicznej wniosła „Rzeczypospolita”, na czele ze swoim publicystą Stanisławem Strońskim, który 10 grudnia w tekście pod znamiennym tytułem „Ich prezydent” pisał: „Wybór ten, zdumiewająco bezmyślny, wyzywający, jątrzący, wytwarza stan rzeczy, z którym większość polska musi walczyć i na podstawie którego żadną miarą nie stanie do pracy państwowej, bo to byłoby tylko utrwaleniem rozstroju i zagładą podstawowych pojęć, którymi stoją narody”.

Tego samego dnia przedstawiciele klubu narodowego oficjalnie zawiadomili marszałka Rataja, iż nie wezmą udziału w zaprzysiężeniu Narutowicza. Prawica obawiała się, że ta sama większość, która dokonała wyboru prezydenta, teraz utworzy rząd, dlatego też klub narodowy wydał oświadczenie, w którym zadeklarował, że „odmówi wszelkiego poparcia rządom, powołanym przez Prezydenta” i zapowiedział walkę „o narodowy charakter Państwa Polskiego zagrożony tym wyborem”. Niektóre osobistości związane z obozem narodowym, jak Ignacy Paderewski, ks. Zdzisław Lubomirski, hr. Maurycy Zamoyski, ks. Adam Sapieha, Władysław Grabski, odcięli się od tych poczynań swoich kolegów. Niedawny konkurent Narutowicza, hr. Zamoyski w depeszy gratulacyjnej stwierdził, że „Uznaje z całym szacunkiem wolę nardu i ubolewam nad zacietrzewieniem, które sprawia, iż pełni Pan swe nowe obowiązki w trudzie, goryczy i niebezpieczeństwie. Zwróciłem się do mego stronnictwa, aby nie łączono mego nazwiska i mojego dobrego imienia z motłochem, obrzucającym Szanownego Pana kamieniami”.

10 grudnia popołudniu zorganizowano manifestację i ponownie udano się pod dom Hallera, który w przemówieniu znów nawoływał do walki z wrogami państwa i narodu polskiego, życząc manifestantom zwycięstwa. Poseł Ilski wezwał manifestantów do uczestnictwa w mających się odbyć następnego dnia demonstracjach. Chodziło o niedopuszczenie do gmachu Sejmu posłów i samego Narutowicza, aby uniemożliwić jego zaprzysiężenie w trybie przewidzianym przez konstytucję. Gazety endeckie w dniu 11 grudnia zamieściły szereg artykułów wzywających do protestów – „wzywamy całą powszechność narodową, aby i ona swój obowiązek spełniła”. Te nawoływania odniosły efekt, na długo przez godziną 12.00, na placu Trzech Krzyży, w Alejach Ujazdowskich i w okolicach ulicy Wiejskiej zgromadził się kilkutysięczny tłum, który zatarasował barykadami z ławek dojścia do Sejmu, legitymował wszystkich zdążających w jego stronę, a rozpoznanych posłów zawracał z drogi.

Gabriel Narutowicz po złożeniu przysięgi na urząd PrezydentaGdy orszak prezydenta-elekta, który jechał w otwartym powozie dotarł do Alei Ujazdowskich, gruchnęły wyzwiska i wrogie okrzyki: „Precz z żydowskim elektem!”. Trzeba było przystawać, aby policja z pomocą szwoleżerów mogła usunąć barykady. W tym czasie z tłumu posypały się w stronę powozu grudki śniegu zmieszanego z ziemią, a nawet kamienie. Kilka z brył śniegu trafiło Narutowicza w twarz i zerwało mu z głowy cylinder. W tak upokarzających okolicznościach Narutowicz dotarł po 12. do gmachu Sejmu, który był zapełniony jedynie w połowie. Endecja została pokonana, Narutowicz został zaprzysiężony. Wieczorem Piłsudski wezwał ministrów do Belwederu i zbulwersowany zwrócił się do marszałka Rataja z pytaniem: „Czy jestem jeszcze naczelnikiem, czy nie? Nie mogę oddać władzy w tej chwili, kiedy banda g…zakłóca spokój, znieważa prezydenta, a rząd nic na to; dajcie mi władzę, a ja uspokoję ulicę”. Piłsudski miał pełnić swoją funkcję do chwili złożenia przez niego władzy na ręce prezydenta, co miało nastąpić 14 grudnia. Jeszcze tego samego dnia odwołano nieudolnego ministra spraw wewnętrznych, Kamieńskiego, którego zastąpił Ludwik Darowski. „Uprzedzam – pisał w odezwie nowy szef MSW – iż wszelkie próby zakłócenia porządku publicznego, czy to ze strony poszczególnych grup, czy też jednostek, tłumić będę wszelkimi środkami będącymi w moim rozporządzeniu, aż do najostrzejszych włącznie. W razie nieposłuchania wezwania władz do rozejścia się, policja i wojsko będą zmuszone do użycia broni”.

Prasa endecka nadal jednak nawoływała do walki.Sprawy zaszły tak daleko, – pisała „Gazeta Poranna 2 Grosze” - że trzeba odważnie spojrzeć prawdzie w oczy. Wybór prezydenta przez mniejszości narodowe kierowane przez Żydów, jest nie początkiem, a dojrzałym owocem starannie i długo przygotowywanej akcji żydowsko-masońskiej, dążącej do opanowania państwa polskiego. (…) Walka się zaczęła. Walkę przeprowadzimy na wszystkich polach życia. Walka nasza będzie spokojna, zimna i uporczywa. Z tej walki Polska narodowa musi wyjść zwycięsko”. Z kolei Stroński w „Rzeczypospolitej” dowodził, iż młodzież, która obrzuciła Narutowicza błotem „ożywiona tymi samymi uczuciami, których nikt uczciwy potępić nie zdoła, tą samą myślą polityczną, która góruje nad zaślepieńcami politycznymi z lewicy, tą samą troską o polskość”, ta młodzież swoim zachowaniem pokazała, że „jest coś warta i żyje czymś wzniosłym i szlachetnym”.Kto śmie – podsumowywał Stroński – w ogóle porównywać zuchwałą i na zimno popełnioną zbrodnię takiego szarpania uczuć narodowych z wykroczeniami wzburzonej młodzieży na ulicy?

W czwartek 14 grudnia 1922 roku miała miejsce niezwykle burzliwa debata sejmowa, posłowie klubów lewicy i centrum złożyli wniosek w sprawie wyjaśnienia wrogich dla państwa manifestacji, natomiast posłowie endeccy zażądali powołania śledczej komisji sejmowej dla zbadania działalności bojówek socjalistycznych. Największe emocje wzbudziło wystąpienie Strońskiego, który twierdził, iż spokojna manifestacja młodzieży przerodziła się w krwawe rozruchy z winy socjalistów, którzy nasłali na tłum uzbrojone bojówki.

 

Narutowicz_Pisudski_1922

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski i Gabriel Narutowicz 1922 r.

Mimo powszechnych obaw przekazanie władzy przez Piłsudskiego Narutowiczowi nastąpiło w spokoju, nie doszło do kolejnych demonstracji. Marszałek wzniósł toast na cześć Prezydenta, podkreślając, że jako jedyny oficer polskiej służby czynnej, który dotąd przed nikim innym nie stawał na baczność, staję oto na baczność przez Polską, którą ty reprezentujesz”. W odpowiedzi Narutowicz zaznaczył, że Są rządcy w historii, których oceniać nie wolno współczesnym, bo nie dorośli do objęcia ogromu ich zasług. Do takich ludzi Pan, Panie Marszałku, należy.

Wbrew opozycji endecji, Narutowicz miał nadzieję na pozyskanie niektórych polityków prawicy dla budowy nowe rządu, dlatego też zaproponował Maurycemu Zamoyskiego tekę ministra spraw zagranicznych. Misję tworzenia nowego rządu pragnął powierzyć posłowi endeckiemu, Tadeuszowi Jackowskiemu, pełniącemu funkcję polskiego komisarza generalnego w Gdańsku. Równocześnie, przedstawiany jako bezwyznaniowiec, zaprosił 15 grudnia kardynała Kakowskiego. „Przyjął mnie z widoczną radością – wspominał kardynał – Rozmowa dotyczyła głównie konkordatu i innych ważnych dla Kościoła spraw, które Narutowicz obiecał poprzeć”. Na koniec poprosił Kakowskiego o udzielenie błogosławieństwa. „Ukląkł na dwa kolana – relacjonował kardynał – a kiedym mówił formule przeżegnał się bardzo pobożnie”. Prasa endecka nadal jednak nazywała Narutowicza „zaporą” na drodze narodowego porozumienia, natomiast Stroński w „Rzeczypospolitej” napisał, że Narutowicz jest „zawadą” na drodze do uzdrowienia stosunków politycznych i gospodarczych w państwie, „zawadą” rzuconą przez odchodzącego z życia politycznego Piłsudskiego.

W sobotę 16 grudnia o godzinie 11.00 Prezydent rewizytował kardynała Kakowskiego, a w południe otworzył wystawę malarstwa w „Zachęcie”. Kiedy zatrzymał się przed obrazem „Krajobraz zimowy” Ziomka, niepostrzeżenie podszedł do niego od tyłu Eligiusz Niewiadomski i trzykrotnie strzelił w plecy. Narutowicz upadł na ziemię, a leżącemu głowę podtrzymała Kazimiera Iłłakowiczówna. Zgon nastąpił natychmiast. Zamachowiec bez oporu dał sobie odebrać rewolwer, usiadł na krześle i w otoczeniu strażników czekał na policję.

Zgodnie z konstytucją funkcje prezydenta przejął marszałek sejmu Maciej Rataj, który powierzył szefostwo nad rządem gen. Sikorskiemu. Nowy premier i minister spraw wewnętrznych zarazem, natychmiast wprowadził stan wyjątkowy, aby zapobiec walkom ulicznym między bojówkami lewicy i prawicy. Prasa endecka zdecydowanie zaprzeczała oskarżeniom o moralną winę w popełnieniu zbrodni, a Niewiadomskiego przedstawiała jako „niepoczytalnego szaleńca”. „Gazeta Warszawska” napisała, że „mordercą jest człowiek, którego stan umysłu od dawna budził wątpliwości”. Obawiając się odwetu lewicy, prasa endecka wyraźnie starała się uspokajać nastroje. Stroński w artykule pt. „Ciszej nad tą trumną” , zapominając o swoich poprzednich jątrzących artykułach, dowodził, że „nad zwłokami śp. Prezydenta Rzeczypospolitej, którego zamordowanie dla wszystkich jest ciosem bolesnym i głęboko odczutym, hasać zaczyna przerażający taniec stronniczych oskarżeń, wygrywanych jako zręczne posunięcie w walce politycznej: . Takie oskarżenia rzucają niektóre stronnictwa lewicy wprost przeciw stronnictwom prawicy. Z najgłębszą pogardą odeprze cały obóz prawicy to nikczemne nadużywanie żałoby ogólnej dla płaskich i nędznych celów stronniczych. (…) Ciszej, dużo ciszej, nad tą otwartą trumną, w żałobie, w skupieniu, w głębokim zastanowieniu się na wszystkim, czego szargać i szarpać i gwałcić nie wolno”. Znacznie ostrzej pisał w „Dwugroszówce” Stanisław Pieńkowski:Ale jest na kuli ziemskiej ktoś, kto stoi poza wszelkimi prawem ludzkim i boskim, ktoś, kogo Polska ze swej mogiły na własnym grzbiecie wyniosła – hiena, co się trupem polskim od stu lat tuczyła, Żyd plugawy, któremu wolno u nas, nie czekając na sądy, oskarżać milionowe rzesze społeczeństwa polskiego o mord polityczny”.

19 grudnia odbył się pogrzeb Narutowicza, którego zwłoki złożono w katedrze św. Jana. W mowie żałobnej padły słowa, że przed tą trumną „stoi Polska jednomyślna w swym smutku i żalu”. Następnego dnia Zgromadzenie Narodowe wybrało na urząd Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego.

 

You need to a flashplayer enabled browser to view this YouTube video

Film archiwalny z uroczystości pogrzebowych Prezydenta Gabriela Narutowicza 19 grudnia 1922

 

30 grudnia 1922 roku rozpoczął się proces Niewiadomskiego. Oskarżony na pytanie czy przyznaje się do winy, odpowiedział, że nie przyznaje się do winy, ale jedynie do złamania prawa i za to jest gotowy ponieść najdalej idącą odpowiedzialność. Przyznał się, że pierwotnym jego celem był Piłsudski,który wykazał nieprawdopodobne zdolności w doprowadzaniu państwa do ruiny”, a dopiero po jego rezygnacji z kandydowania, postanowił zabić Narutowicza, którego wybór odczuł jako zniewagę dla ojczyzny. W ostatnim słowie, powiedział: „Dokonałem zamachu na prezydenta Narutowicza, zamachu z premedytacją. Narutowicz, trzeba to przyznać, nie był człowiekiem winnym. Padł ofiarą okoliczności, ofiarą sytuacji, będącej poza nim. Odebrałem mu życie, spełniając ciężką rzecz. Nie ujawniam skruchy, przeciwnie, ujawniam pewną nadzieję, że echa moich strzałów dosięgną najdalszych zakątków ziemi polskiej, zapukają do wszystkich chat i do wszystkich serc, trafia nawet do obozu przeciwników, do tych uwiedzionych, nieświadomych komu służą ludzi”. Zażądał dla siebie kary śmierci, na którą to sąd go skazał. Wyrok miał być wykonany 31 stycznia 1923 roku. Zamachowiec niespodziewanie z „wariata” przeistoczył się – wedle prasy endeckiej – w bohatera narodowego. Przez cały styczeń i później, po wykonaniu wyroku, ukazywały się w gazetach endeckich artykuły gloryfikujące jego osobę, w tym Stanisława Strońskiego, który wcześniej pisał, że „tam, gdzie zbrodnia polityczna oceniana jest z jakąkolwiek wyrozumiałością (…), jest już bardzo źle i naród taki kroczy z po bezdrożach”.

W dzień stracenia Niewiadomskiego „Rzeczypospolita” i „Gazeta Poranna 2 Grosze” zdawały szczegółowe relacje z ostatniego dnia jego życia. „Gazeta Warszawska” pisała natomiast: „Dzisiaj rano zszedł ze świata w okolicznościach niezwykłych, w drodze tragicznego rozrachunku z prawem, wybitny przedstawiciel inteligencji polskiej, artysta i pisarz, śp. Eligiusz Niewiadomski”. Stroński napisał artykuł pt. „Wina i ofiara”, w którym wyrażając żal z powodu śmierci zamachowca, stwierdził, że złożył on ofiarę „która może stanie się w tym smutnym zdarzeniu i wśród zła dokonanego, ziarnem uszlachetniającym umysły i serca”.

Po egzekucji pochowano Niewiadomskiego na cmentarzu więziennym w Cytadeli, jednak po kilku dniach rodzina uzyskała pozwolenie na przeniesienie zwłok na Powązki. Mimo wczesnej pory (ok. 6.00 rano) wyruszenia konduktu na Powązki, towarzyszył mu duży tłum ludzi. Gdy pochód zbliżył się do bramy cmentarza, młodzież akademicka wyprzęgła konie i sama powiozła karawan na miejsce spoczynku.

Jeszcze długo po pogrzebie ludzie przychodzili na grób, a w kościołach odprawiano msze za jego duszę. „W Polsce – wyjaśniał Cat-Mackiewicz – bardzo cenią sobie poświęcenie, a Niewiadomski na procesie w sposób rycerski zażądał kary śmierci dla siebie”.

Godziemba


Źródła:

Prasa:
Gazeta Warszawska
Gazeta Poranna 2 Grosze
Rzeczpospolita

M. Rataj – Pamiętniki
J. Piłsudski – Pisma zbiorowe
T. Hołówko – Prezydent Gabriel Narutowicz
J. Pajewski. W. Łazuga – Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej
W. Pobóg-Malinowski – Najnowsza historia polityczna Polski 1918-1939
S. Cat-Mackiewicz – Historia Polski (od 11 listopada 1918 do 5 lipca 1945)

ikona-myl-narodowa

Wejście w życie konstytucji z 17 marca 1921 roku było ważnym wydarzeniem w odradzającej się Polsce. Nakreśliła ona demokratyczne ramy życia publicznego, pozwoliła zaktywizować politycznie znaczną część społeczeństwa co jednak ostatecznie obróciło się przeciw niej. „Pierwsi ganili ją ci, którzy jej nie uchwalali, zwłaszcza prawnicy krakowscy z obozu „stańczyków” (konserwatyści w 1921 r. działający pod nazwą „Stronnictwo Prawicy Narodowej”). Zaraz po nich wszechstronniej i z pełnym poczuciem odpowiedzialności przemówili pisarze obozu narodowego.”[1]

Podburzany przez narodowców tłum starał się nie dopuścić do zaprzysiężenia Narutowicza. W Alejach Ujazdowskich zbudowano barykadę z ławek, by nie dopuścić do jego przybycia do budynku Sejmu.

U wlotu Wiejskiej na placu Trzech Krzyży zatrzymywano wybierających się na posiedzenie Zgromadzenia Narodowego posłów i senatorów, a tych, którzy wywodzili się z frakcji przychylnych Narutowiczowi zaczepiano, wyzywano, a nawet - jak pisze Pobóg-Malinowski - bito.

"Poseł socjalistyczny Piotrowski został dotkliwie pobity, poseł Kowalski, Żyd, przedarł się do Sejmu, ociekając krwią z rozbitej głowy; posła Daszyńskiego i senatora Limanowskiego tłum z kijami wzniesionymi wepchnął do bramy jednego z domów i nie wypuszczał ich stamtąd" - pisze Pobóg. Krzyczano "niech żyje polski faszyzm".

By elekt mógł przedrzeć się przez złorzeczący tłum, policja konna dokonała szarży. W jej wyniku powstał wyłom, przez który galopem przejechał powóz wiozący Narutowicza.

W stronę prezydenta posypały się piguły śniegu zmieszanego z błotem. Kilka z nich trafiło go w twarz.

Sam Narutowicz opowiadał później tego dnia o tym dramatycznym przejeździe. Na spostrzeżenie, że na jego głowie widnieje guz, odpowiedział "To kamieniem ktoś trafił, w cylindrze mam kilka dziur. Jeden chciał mnie w głowę kijem uderzyć. Na końcu była umocowana żelazna gałka. Myślałem: czy ty mnie tak spokojnie zabijesz. I zajrzałem mu w oczy - spuścił wzrok i laskę" - pisał Hołówka.

Na placu Trzech Krzyży doszło tego dnia do formalnych walk policji z narodowcami.

"Byłam wtedy w mieście" - wspominała Aleksandra Piłsudska, żona dotychczasowego Naczelnika Państwa. - "W ścisku nie mogłam się prawie ruszyć. Z jednej strony parła na mnie stara, przygłucha chłopka, która bez przerwy pytała, o co chodzi, z drugiej - gruba, wielka służąca.

Ta ostatnia, z czerwoną twarzą - podrygiwała całym ciałem, wymachując pięściami i krzycząc: "Precz z Narutowiczem! Precz z Żydem"! Gdy jej zabrakło oddechu, powiedziałam, że znam dobrze rodzinę Narutowiczów; nikt z nich nie pochodzi z Żydów. Ale to był groch o ścianę. Za chwilę znów zaczęła wrzeszczeć: "Żydzi nie będą nami rządzili!".

Zagrano na najniższych uczuciach szerokich mas: prasa prawicowa rozpętała kampanię nienawiści przeciw Narutowiczowi, nazywając go Żydem" - pisała Piłsudska.

Całość>> Krwawy efekt wojny polsko-polskiej, Ziemowit Szczerek, Interia.pl, 8 maja 2012.

   pdsW 1907 roku krakowski zjazd Związku Młodzieży Polskiej „Zet” uchwalił zerwanie stosunków związku z Ligą Narodową, po opowiedzeniu Romana Dmowskiego po stronie Rosji. Decyzja ta został zawieszona na rok czasu, jednak kolejny zjazd „Zetu” w 1908 roku ją potwierdził. Z Ligi wystąpił także Narodowy Związek Robotniczy.

   W dniu 15 października przebywający w Krakowie działacze NZR w porozumieniu z „zetowcami” powołali Polski Związek Wojskowy. Inicjatorem jego powołania był Aleksander Mikuliński, członek Zarządu Głównego NZR. Wspomagali go Ludwik Skoczylas oraz Józefat Bohuszewicz, byli członkowie Ligi i redaktorzy „Myśli Wszechpolskiej”.

  

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version