Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

zawodyDzień 6 sierpnia 1914 r. stanowił i stanowi dla wielu osób datę będącą synonimem odrodzenia Wojska Polskiego. Tego dnia z krakowskich Oleandrów wyruszyła Pierwsza Kompania Kadrowa, stanowiąca zaczątek późniejszych Legionów Polskich. Do dziś dnia rocznica wymarszu obchodzona jest jako Święto Strzeleckie, a w okresie międzywojennym na pamiątkę wymarszu odbywały się w całej Polsce uroczystości. Jedną z form upamiętnienia był Marsz Szlakiem I Kompanii Kadrowej na trasie z Krakowa do Kielc organizowany przez Związek Strzelecki. Stanowił on okazję do sprawdzenia sprawności drużyn organizacji prowadzących przysposobienie wojskowe, drużyn wojskowych oraz organizacji zrzeszających rezerwistów. W 1981 roku reaktywowano go w innej formie, ale nadal gromadzi on m.in. młodzież strzelecką i żołnierzy. W trakcie Marszu odbywają się też zawody marszowe, których formuła ewoluuje, ale stanowi kontynuację tego, co stanowiło o istocie Marszu przed 1939 r.

Parafrazując Andrzeja Poniedzielskiego można stwierdzić, że wśród ludzi piszących książki, są tacy, których lubimy gdy piszą i tacy, których lubimy, gdy nie piszą. Do drugiej grupy (bardzo wąskiej nota bene) zaliczyć muszę profesora Stanisława Zaborniaka. Co prawda spowodowane to jest jedyną jego książką, którą przeczytałem, ale na tyle dla mnie ważną, że jej lektura rzutuje na całokształt oceny.

Kilka tygodni temu przeglądając stronę jednej z księgarni internetowej zauważyłem intrygujący tytuł: „Zawody marszowe Szlakiem I Kompanii Kadrowej Legionów Polskich z Krakowa do Kielc (1924-1939)”. Jako uczestnik ruchu strzeleckiego, wielokrotnie przemierzający trasę Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej Kraków-Kielce byłem przekonany, że to książka ważna z kilku powodów. Po pierwsze, nikt wcześniej nie pokusił się o całościowe podsumowanie zawodów marszowych z okresu międzywojennego. Na cząstkowe informacje natrafić można przeglądając roczniki „Strzelca” bądź czytając pozycje poświęcone historii Związku Strzeleckiego. Po drugie, uznałem, że materiały zawarte w recenzowanej książce mogą być przydatne w organizacji zawodów marszowych w trakcie kolejnych „kadrówek”. Po trzecie, wydawało się, że to wymarzona nagroda dla laureatów konkursów historycznych odbywających się w czasie Marszu.

Niestety, życie brutalnie weryfikuje oczekiwania. Światełkiem ostrzegawczym mogło już być długie oczekiwanie na zamówioną książkę. Rozumiejąc utrudnienia związane z pandemią liczyłem na rekompensatę w postaci treści. Drugie ostrzeżenie mogło być zauważone dopiero po wzięciu recenzowanej pozycji do ręki. Ukazała się w 2019 r. Przez rok nie można było na jej ślad nigdzie natrafić. Nawet na stronie wydawnictwa nie odnajdziemy jej śladu. Czyżby zdano sobie sprawę z wartości tego „dzieła”?

Autor, to „belwederski” profesor, specjalizujący się w historii sportu, zupełnie nieznany w środowisku osób zajmujących się historią Legionów i obozu piłsudczykowskiego. Oczywiście można uznać, że kwalifikacje w zakresie historii sportu są zupełnie wystarczające, by napisać co najmniej poprawną książkę dotyczącą rywalizacji sportowej, choć inspirowanej wydarzeniami związanymi z wysiłkiem zbrojnym zmierzającym do odzyskania wolnego państwa. Niestety, z niewiadomych do końca przyczyn (można się ich co najwyżej domyślać), otrzymujemy produkt książkopodobny. Największą odpowiedzialnością obciążyć można oczywiście autora, ale przecież ktoś tę pozycję zakwalifikował do druku, ktoś ją recenzował, a ze strony wydawnictwa niejaka Anna Szydło odpowiedzialna była za opracowanie redakcyjne i korektę. Trudno pracy tych trzech osób domyślić się czytając książkę. Zatrzymajmy się na moment na osobach autora i recenzenta. W katalogu ludzi nauki odnajdziemy tematykę ich prac doktorskich, habilitacji, listę recenzowanych prac oraz doktoratów, które pod och kierunkiem powstawały. Okazuje się, że są to dość ścisłe związki. Marek Ordyłowski (recenzent książki) był także recenzentem rozprawy habilitacyjnej Stanisława Zaborniaka. Nie uchylił się także przed recenzowania kilku prac doktorskich, których promotorem był autor „Zawodów marszowych...”. Chętni znajdą zapewne jeszcze kilka innych powiązań między panami. System zależności i układów w polskiej nauce jest na pewno jedną z przyczyn niskich notowań polskich uczelni w światowych rankingach.

Dość jednak tych ogólnych wrażeń. Czas przejść do konkretów. Autor podzielił swą pracę na siedemnaście rozdziałów. Pierwszy z nich stanowi wstęp historyczny, który według autora miał dać podbudowę historyczną dla dalszej części książki. Piętnaście poświęcono opisowi kolejnych Marszów (w 1934 r. zawody nie odbyły się ze względu na powódź, jaka nawiedziła Małopolskę). Rozdział dotyczący tego właśnie roku ma w zasadzie charakter zbioru fotografii związanych z tematem, z bardzo skromnym opisem dotyczącym wydarzeń inspirowanych wydarzeniami sprzed dwudziestu lat. Do tego dodać należy wstęp, zakończenie i posłowie. Zacznijmy jednak od spisu treści. Tytuł wyraźnie wskazuje, że chodzi o zawody marszowe związane z Pierwszą Kompanią Kadrową. A oto jakie nazwy Marszów znajdziemy w spisie treści:

  • Zawody Marszowe Związku Strzeleckiego Szlakiem I Brygady Kadrowej Legionów Polskich,

  • Zawody Marszowe Związku Strzeleckiego Szlakiem Kraków–Miechów–Jędrzejów–Kielce w dniach 6-8 lutego (sic!) 1926 r.,

  • Marsz Szlakiem I Brygady Legionów Polskich z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Kompanii Legionów z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Brygady z Krakowa do Kielc,

  • Marsz Szlakiem I Brygady Kadrowej z Krakowa do Kielc.

Zasadniczo dla osób trochę zaznajomionych z historią „kadrówek” spojrzenie na ten spis mówi wszystko o przygotowaniu autora do opracowania tematu. Nie powinno się kopać leżącego, ale pewne rzeczy powinny być nazwane po imieniu. Stanisław Zaborniak publikując recenzowaną pozycję dowodzi, że zabrał się za temat, o którym nie ma najmniejszego pojęcia i gdyby dwa-trzy lata temu rozgarnięty gimnazjalista dostał do dyspozycji te same materiały, które miał autor, to napisałby przy minimum dobrej woli książkę o zdecydowanie wyższym poziomie.

Nie mogę dyskutować z autorem w kwestii wyników zawodów marszowych w poszczególnych latach. Nie badałem dokumentów w Centralnym Archiwum Wojskowym oraz każdorocznych relacji z Marszu w tym zakresie i przyjmuję, że nie popełnił rażących błędów w kolejności zajmowanych przez drużyny miejsc. Bo co do czasów, jakie zajęło im pokonanie poszczególnych odcinków, to niestety różowo nie jest.

Jednak po kolei. Już we „Wstępie” znaleźć można kilka niepokojących informacji. Skąd autor wziął zapis Bolesław Wieniawa Długoszowski (s. 15), a nie Wieniawa-Długoszowski też nie jest wiadome. Generała uznano na tej samej stronie za liczącego się polityka. W panteonie znanych dowódców z okresu walk o niepodległość znalazł się niejaki Szczepan Konarski. W wymienionych pozycjach książkowych, które autor wykorzystał (?) przy pisaniu recenzowanej pracy znalazła się książka Stanisława Jana Rostworowskiego Nie tylko Pierwsza Brygada, który nie wiedzieć czemu występuje jako Roztworowski J. S. (s. 18 i w indeksie nazwisk),

Największy problem autorowi sprawił rozdział I mający w zamierzeniu autora pracy być wstępem historycznym, ukazującym dzieje Legionów Polskich, ze szczególnym uwzględnieniem okresu tworzenia Pierwszej Kompanii Kadrowej. W samym tytule rozdziału znajdziemy stwierdzenie, że będzie on traktował o rekrutacji do tejże kompanii. Brak wiedzy autora skazuje nas na domysły, że istniały jakieś sposoby, by znaleźć się w tejże w sposób inny, niż wyznaczenie przez kompetentne osoby ze Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. O żadnej rekrutacji mowy nie mogło być, sprawę przynależności do niej regulował rozkaz. Na stronie 22, w drugim przypisie błędnie zacytowano źródło dotyczące cytatu. Przywołany Informator dotyczył XXXV, a nie XXV Marszu Szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej. Kolejny problem z tytułem w przypisie znajdziemy trzy strony dalej. Konia z rzędem temu, kto będzie wiedział o jakiej Polskiej Organizacji Światowej chodzi w przypisie siódmym. Na stronie 26 znajdziemy nazwę ZS „Strzelec”. To pierwszy z wielu przypadków użycia jej na kartach książki. Nie było do 1939 r. organizacji o tej nazwie. Był Związek Strzelecki, był „Strzelec”. Tę ostatnią nazwę w okresie międzywojennym wykorzystywano jako popularnego określenia dla Związku Strzeleckiego. Natomiast zbitki tej nie używano. Na stronie 36 przedstawiono zdjęcie Józefa Piłsudskiego datując je na ok. 1910 rok, choć wyraźnie widać, że jest ono o pięć lat młodsze. Na tej samej i następnej stronie w podpisach pod zdjęciami użyto podpisów „członek WZ Strzeleckiego”. Chodzi oczywiście o Wydział Związku Strzeleckiego, co prawidłowo ujęto zaledwie w jednym przypadku. Kolejny błąd znajdujemy na s. 38 w podpisie pod fotografią 28. Według autora to „Drużyny Bartoszowe” i legioniści w trakcie rekrutacji do I KK. Według Stanisława Zaborniaka pod koniec 1912 r. wydane zostały przez Józefa Piłsudskiego rozkazy mobilizacyjne, a akcja mobilizacyjna rozwinęła się dość szybko. Faktycznie 17 X i 12 XII 1912 r. ukazały się rozkazy dotyczące mobilizacji, ale były one tylko wytycznymi do tego, jak proces ten ma przebiegać po wydaniu rozkazu o niej, a nie faktycznym zarządzeniem tejże. Kolejny błąd znajdziemy na stronie 48, gdzie rzekomo już 11 lipca 1914 r. Kazimierz Sosnkowski określił stan uzbrojenia I Kompanii Kadrowej. Nie mówiąc o tym, że w lipcu nie było jeszcze legionistów. Z książki dowiemy się, że wymagania zdrowotne wobec legionistów nie były wymagające (s. 54) oraz, że istniały w ZS koła strzeleckie. Dobrze, że nie były to koła łowieckie. Trzy strony dalej mowa jest o zawodach marszowych szlakiem I Brygady Legionów. O tym, że autor nie ma bladego pojęcia o wydarzeniach związanych z Legionami Polskimi świadczy też fakt, iż uznaje za możliwe przeniesienie w styczniu 1915 r. Centralnego Biura Werbunkowego z Warszawy do Piotrkowa. Przypomnę tylko, że Warszawa została zajęta przez Niemców pół roku później i nie ma możliwości, by pracowała w niej wcześniej jakakolwiek agenda werbunkowa Naczelnego Komitetu Narodowego.

Obszerną listę błędów zawiera ta część rozdziału, która poświęcona jest wydarzeniom poprzedzającym wymarsz „Kadrówki”. Jak wiadomo rozpoczęły ją działania patrolu pod dowództwem Władysława Beliny-Prażmowskiego (uporczywie nazywanego przez autora Prażmowski vel Belina). Można się spierać czy za wczesne godziny nocne można uznać okres po północy, ale bezsprzecznym faktem jest, że patrol przeprowadzał zwiad, a nie wykonywał rajd, jak wielokrotnie możemy przeczytać na łamach omawianej pozycji. W przypisie na stronie 67 błędnie wskazano datę przybycia patrolu do Goszyc. Miało to miejsce 3 sierpnia, a nie 2 lipca 1914 r. Kolejna strona przynosi w przypisie poświęconym Zygmuntowi Karwackiemu (Z. Karwackiemu vel Bończa, jak pisze autor) powtórzenie informacji zawartych jedno zdanie wcześniej. Rozbieżność w datowaniu tego samego wydarzenia mamy na stronach 65 i 78 (data wypowiedzenia wojny Rosji przez Austro-Węgry). Na stronach 87-88 zamieszczone zostały dwa zdjęcia wykonane w trakcie mszy św. odprawionej dla żołnierzy Józefa Piłsudskiego. Pierwsze opisano błędnie jako rynek pod katedrą (powinno być plac), a drugie datowane jest na 8 sierpnia 1914 r., choć do Kielc strzelcy Józefa Piłsudskiego wkroczyli dopiero cztery dni później. Do podpisów pod zdjęciami i do samych zdjęć autor nie ma szczęścia. Przykładem jest choćby powtórzenie fotografii numer 29 i 95.

Częścią rozdziału I jest podrozdział traktujący o dowódcach I Kompanii Kadrowej. Na jakiej zasadzie dokonywano wyboru i kolejności prezentowanych sylwetek trudno odgadnąć. Rzekomymi dowódcami byli według prof. Zaborniaka: Kazimierz Sosnkowski, Bolesław Długoszowski, Tadeusz Kasprzycki, Jan Kruszewski, Aleksander Litwinowicz, Kazimierz Piątek, Stanisław Burhardt „Bukacki”, Henryk Paszkowski „Krok” i Józef Piłsudski. Kolejność ani alfabetyczna, ani według hierarchii. Być może układ ustalono w drodze losowania.

Na stronach 110-111 znajdziemy powtórzenie informacji o wyposażeniu uczestnika Marszu w 1924 r. Jedyna różnica to ta, że pierwsza została ujęta w formie cytatu. Kolejne powtórzenia dotyczą wyników indywidualnych III etapu z tego samego roku. Znajdujemy je na stronach 114, 116 i 119. W rozdziale poświęconemu o rok późniejszemu Marszowi kolejna zagadka. Według autora startowało 14 drużyn, tzn. około 832 zawodników. Przypis odsyła do czasopisma „Stadion” z 1928 r. Po sprawdzeniu okazuje się, że ilość startujących się zgadza, ale z rokiem 1928 i nie uwzględnia drużyn żeńskich. Zadać sobie należy pytanie. Czy profesor nie umie liczyć, czy może to wina któregoś z jego studentów, który w pracy licencjackiej czy magisterskiej popełnił błąd, następnie bezkrytycznie powielony? Po raz kolejny powtórzono trzy pierwsze miejsca indywidualne na stronach 123-124. Wróć! Na stronie 123 zwycięzcą jest S. Kmicic z Krakowa, a stronę dalej Władysław Kmicic (też z grodu Kraka). Okazuje się, że nie tylko w „Seksmisji” w Archeo był no, ten... bałagan. To samo według Zaborniaka miało miejsce w Wojsku Polskim. Dowiadujemy się, że w 1927 r. istniał w nim 8. pp Legionów oraz 8. pp legionowej. I każdy z nich wystawił drużynę marszową. Korekta zwiodła na stronie 154, gdzie błędnie podano wynik 10. pp z Łowicza. Kolejna rozbieżność dotyczy stron 202 i 205. Na pierwszej dowiadujemy się, że uczestnikom zawodów w 1931 r. przysługiwały dwie przerwy na wypoczynek (15 i 30 minut), a na drugiej z nich, że trwał on godzinę. Nie wiadomo jak liczył Stanisław Zaborniak uczestników przystępujących do II etapu Marszu w 1931 r. Drużyny liczyły 13 osób, a według niego 31 drużyn, to 221 osób (s. 206). Stronę dalej trafiamy na 57. pp leg. (sic!). Podobny błąd jest na s. 291, gdzie występuje 14. pp legionowej. Niewątpliwie ze zdziwieniem przeczytamy na stronie 209, że 8. pp Leg. stacjonował w Wilnie, a 14. p.uł. w Lublinie. Błędny podpis znalazł się pod fot. 240 (s. 219). Jest to zdjęcie z 5 sierpnia, a nie 5 maja 1931 r. Grób Nieznanego Żołnierza, to nazwa własna, więc oczekiwać by można, że będzie pisany z dużych liter. Niestety korekta zawiodła po raz kolejny (s. 226). Dla Stanisława Zaborniaka powstaniec listopadowy czy styczniowy, to jeden czort. Niejeden z czytelników ze zdziwieniem przyjmie informację, że Józef Dargun był uczestnikiem zrywu z 1830 r., choć dosłownie kilka centymetrów powyżej jest fotografia z podpisem informującym, że uczestniczył w powstaniu 1863 r.

Spore zamieszanie wnoszą podpisy pod zdjęciami na stronie 287. Pierwsze z nich rzekomo ma być dokumentem ze zjazdu uczestników marszu Pierwszej Kompanii Kadrowej, choć oczywiście są to żołnierze Pierwszej Kompanii Kadrowej zebrani po latach z okazji rocznicy wymarszu. Na drugim ze zdjęć, wykonanym według autora 5 sierpnia 1935 r. widzimy gen, Tadeusza Kasprzyckiego jako wiceministra spraw wojskowych, choć od śmierci Marszałka zajmował on stanowisko ministra. Uczestniczyłem w odsłonięciu kilku pomników, ale ani razu nie byłem na ich otwarciu. Być może jednak w 1936 r. w Michałowicach otwierano pomnik Tylko kto go zamknął? Nie tylko u Stanisława Zaborniaka trafiamy (s. 300) na błędny zapis imion i nazwiska gen. Felicjana Sławoja Składkowskiego. Nie do końca jesteśmy pewni czy w 1936 r. w zawodach uczestniczyła drużyna 53. czy 35. pp. O tej pierwszej mowa na stronach 300 i 302, o drugiej także na s. 302. I nie zachodzi tu możliwość, że oba pułki wystawiły swą reprezentację, ponieważ w zawodach uczestniczyły tylko dwie drużyny wojskowe, a jedną z nich była ta wystawiona przez 3. psp. Kolejną wpadkę korekty znajdziemy na s 308, gdzie błędnie zapisano nazwisko gen. Stanisława Burhardt-Bukackiego. Jednoznacznie należy stwierdzić, że Stefan Artwiński nie był wojewodą kieleckim, a Batalion Telefoniczny (co to za twór?) nie stacjonował w Zgierzu. Chodzi oczywiście o Batalion Telegraficzny z Zegrza. Oba te błędy znalazły się na s. 335.

Nie jestem specjalistą od wydawania książek, ale myślę, że można by wprowadzić zwyczaj palenia na stosie (przynajmniej symbolicznie) tych, którzy nie potrafią sporządzić przyzwoitego indeksu nazwisk. Jakie „kwiatki” znajdziemy w recenzowanej książce? Nikt nie zadał sobie trudu, by rozwinąć inicjały imion osób, które w tekście w ten sposób zostały zapisane. Stąd w indeksie m.in.: Biliński L., Lipiński W., Nałęcz T., Prugar-Ketling B., Suleja W. czy Wasilewski L. W przypadku Zygmunta Zygmuntowicza zabrakło nawet inicjału imienia. Niemniej jednak te uchybienia to nic w porównaniu do innych niedociągnięć. W indeksie znajdziemy Hankę-Kuleszę i Stefana Kuleszę, Długoszowskiego Bolesława Ignacego „Wieniawę”, Długoszowskiego Bolesława W. oraz Wieniawę B., Wieniawę-Długoszowskiego Bolesława i Wieniawę-Długoszowskiego Bolesława płk. Kto to jest Bartla K.? Z tekstu wynika, że był premierem. Czy różnią się Burhardt-Bukacki ze strony 75 od Burhardt-Bukackiego Stanisława Bar. gen. z tej samej strony? Czy Grzmot-Skotnicki Stanisław ze strony 106, to ktoś inny niż Skotnicki Grzmot (s. 73) i Skotnicki Stanisław ze stron 66 i 67? Według mnie nie, ale autor indeksu jest innego zdania. Okazuje się, że dodanie stopnia do nazwiska tworzy z jednej osoby dwie różne. Tak stało się m.in. w przypadku Władysława Rusina czy Edwarda Rydza-Śmigłego. Nóż w kieszeni otwiera się, gdy trafia się na zapis: Orlicza-Derszera Gustaw i Orlicz-Dreszer Gustaw oraz Sławoja-Składkowski Felicjan oraz Sławoj-Składkowski Felicjan gen. Przyznam szczerze, że ból, jaki sprawia mi opisywanie tego niechlujstwa, by nie rzec barbarzyństwa, powoduje, że na tych przykładach poprzestanę.

Po tym co napisałem rodzi się jedno pytanie. Czy naprawdę w książce profesora nie ma żadnych plusów? Ja znajduję tylko jeden. Duża ilość materiału zdjęciowego. Dotyczy on zarówno zdjęć z zawodów marszowych, uroczystości związanych z rocznicą wymarszu Kadrówki czy okolicznościowych pamiątek przygotowywanych dla upamiętnienia kolejnych zawodów.

Tak jak ekstremalne bywały i bywają warunki, w których pokonuje się trasę z Krakowa do Kielc, tak samo ekstremalni muszą być nabywcy recenzowanej książki. Ja postawię ją na półce tylko z obowiązku, a nie dla przyjemności.

Dariusz Nowiński

Ocena recenzenta

Temat i treść: 5/10

Język, styl, kompozycja tekstu: 6/10

Forma wydawnicza: 8/10

Informacje o publikacji

Tytuł: Zawody Marszowe Szlakiem I Kompanii Kadrowej Legionów Polskich z Krakowa do Kielc (1924-1939)

Autor: Stanisław Zaborniak

Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego

Rok wydania: 2019

Ilość stron: 407

Format: 160x230 mm

Okładka: miękka

ISBN: 978-83-7996-806-0

   pdsW 1907 roku krakowski zjazd Związku Młodzieży Polskiej „Zet” uchwalił zerwanie stosunków związku z Ligą Narodową, po opowiedzeniu Romana Dmowskiego po stronie Rosji. Decyzja ta został zawieszona na rok czasu, jednak kolejny zjazd „Zetu” w 1908 roku ją potwierdził. Z Ligi wystąpił także Narodowy Związek Robotniczy.

   W dniu 15 października przebywający w Krakowie działacze NZR w porozumieniu z „zetowcami” powołali Polski Związek Wojskowy. Inicjatorem jego powołania był Aleksander Mikuliński, członek Zarządu Głównego NZR. Wspomagali go Ludwik Skoczylas oraz Józefat Bohuszewicz, byli członkowie Ligi i redaktorzy „Myśli Wszechpolskiej”.

  

Jedną z barwnych postaci żołnierzy Marszałka był mjr Tadeusz Brzęk-Osiński. Pomijając już okoliczności postania jego pseudonimu pozwolę przytoczyć sobie jedną z anegdot zawartych w opublikowanych, pod tytułem ""Legionista i piłsudczyk. 1905-1939", wspomnieniach. Dariusz Nowiński.

W Kozach Belina-Prażmowski z oficerami  stanęli we dworze, a szwadrony we wsi. Przyjmowano nas gościnnie, lecz cóż z tego, gdy serce wyrywa się do lubej i zazdrość bierze, gdy widzę oficerów czyniących wypady do Białej lub Kęt, gdzie stał Komendant i sztab I Brygady. No i nie wytrzymałem. Pewnej nocy wymknąłem się z kwatery do prowizorycznej stajni w jakiejś stodole, osiodłałem Bysia, wyprowadziłem za wieś i w cwał. W godzinkę byłem w Andrychowie, przywiązałem Bysia do sztachet i jak to w piosence:

Puk, puk, w okieneczko
Otwórz mi panieneczko
I buziaka daj…


Resztę zostawiam twej wyobraźni. Udało się raz, tedy wypad powtórzyłem, ale tu już przysłowiowe „ucho dzbana” urwało się. Kłusuję w nastroju zwycięskiego rozanielenia, Byś – czując bliskość stajni – parska wesoło, jest jeszcze ciemno, śnieg skrzypi, w górze mruga samotna gwiazdka – może to moja? Wieś już blisko, więc przechodzę w stępa, Ale nie dojeżdżam do opłotków, gdy na drodze wyrasta jakaś postać i woła rozkazująco:
- Stać! Stój! – Poznałem po głosie: „Belina”! A miałem za sobą dopiero trzy miesiące ułańskiej służby i bałem się jeszcze swego cholerującego „wodza”. Karny raport i paka gotowe, co wcale mi się nie uśmiechało.  Nie może mnie więc poznać i z tą decyzją desperacko szarżuję na „Belinę”! Ratował się skokiem do rowu, a ja konia do stajni, a sam pod koc i udaję, że śpię. Miałem niezłego stracha, rozumiejąc, żem strunę przeciągnął. Ale śmiałym fortuna sprzyja! „Belina” dochodzenia nie przeprowadził. Myślał pewno, żem go nie poznał i wolał nie poruszać swej rejterady do rowu. A ja zrezygnowałem , choć z żalem, z tych nocnych wypraw.
Niedługo potem Stasiek Skotnicki ściągnął mnie na kwaterę Beliny. Chodziło o czwartego do brydża: nowej gry, którą poznałem w Niemczech.  O nocnym incydencie już zapomniałem. Aż tu „Belina”, po wygranym ze mną robrze, co poprawiło mu humor, zapytuje z udawanym „marsem”:
- Słuchaj no „Brzęk”, czyś to nie ty szarżował na mnie? Gadaj, coś robił dwa dni temu nocą? – zaskoczony, nie straciłem kontenansu i odparłem trochę bezczelnie:
- Ależ rotmistrzu, ja mam taką słaba pamięć. Co robiłem wczoraj wiem, co onegdaj coś tam pamiętam, ale dwa dni temu nocą? Ależ spałem, oczywiście. Nie.., wychodziłem za potrzebą! – „Belina” mruknął coś, ale że trzeba już było siadać do nowej partii, więc na tym się skończyło.

Doświadczenie jakie zdobył podczas walk we Włoszech miało zaprocentować w przyszłości. Zresztą zdobył tam nie tylko doświadczenie ale i niemałą sławę, kiedy podczas szturmu na włoską redutę pod Cordolezzo, zdobył ją prawie z marszu, choć Austriacy bez powodzenia atakowali umocnienia wcześniej już wielokrotnie. Ranny podczas tego brawurowego szturmu jedenastoma odłamkami granatu ręcznego, zdołał utrzymać pozycję i zdobył przy okazji sławę "szalonego Polaka".

Jedna z anegdot legionowych opisana przez Tadeusza Alf-Traczyńskiego w jego książce "Wspomnienia oficera Pierwszej Brygady".

W ów słoneczny dzień 19 marca siadłem właśnie na konia, kiedy strzelec Józef Łaś "górol z samych Tater" podszedł do mnie i powiada:
- Obywatelu porucniku, jakta zobacycie Dziadka, to sie go spytojcie, cy sie jesce zli na mnie, cy mu juz przesło.
Bo to tak było:
Któregoś plugawego dnia pod koniec lutego- nagle na odcinku batalionu zjawił się na inspekcję Komendant. Na froncie był spokój zupełny i w okopach tylko pojedynczy strzelcy obserwowali przedpole. Zameldowałem się Komendantowi na styku mego odcinka z sąsiadującym odcinkiem spieszonego szwadronu porucznika Orlicza-Dreszera i prowadziłem go dalej wzdłuż okopów.
Po drodze Komendant rozmawiał z kapitanem Olszyną o niemożności utrzymania czysto karabinów zarówno z braku smarów jak i wyjątkowo wilgotnych, przesiąkłych mokrym śniegiem dni.
Nagle za załamaniem okopu padł pojedynczy strzał. Właśnie strzelec Łaś - stojąc tyłem do Komendanta repetował karabin.
Komendant zatrzymał się.
- Do czego strzelasz chłopcze?
- Ady nimem do cego, to do kominka strzylom.
- Do jakiego kominka?
- Ady tam styrcy z ziemianki u Mochów.
Komendant patrzył przez lornetkę. Widocznie znalazł cel.
- I co trafiliscie?
- Jesce nie, ale jak mi nie bedziecie przeskodzać to moze.
Zdrętwiałem.
Komendant jak by nie słyszał tej osobliwie uwarunkowanej nadziei strzelca Łasia - kontynuując rozmowę z kapitanem Olszyną wskazał mi na karabin Łasia.
- Patrzcie jaki zardzewiały zamek!
Strzelec Łaś najwidoczniej wziął tę uwagę personalnie do siebie. I wtedy stało się coś, czego nigdy bym sobie nie potrafił wyobrazić, gdybym tego na własne oczy nie widział...
Strzelec Józef Łaś - dużo później kapral I Brygady a jeszcze później kawaler orderu Virtuti Militari- uśmiechnął się szeroko i... pewnie jedyny człowiek na świecie poklepał Komendanta łagodnym głaskającym ruchem po ramieniu i z głębokim przekonaniem w prawdę tego co mówi, powiedział:
- Iii, obywatelu Komendancie, z wirchu to niekze ta, a w środku to lufe kulkom cysce...
Oniemiałem ze zgrozy. Komendant świsnął szpicrutą i bez słowa ruszył dalej odcinkiem.
Do tego właśnie incydentu odnosiła się prośba strzelca Łasia, któremu bardzo chodziło o to czy "Dziadek źli sie jesce, czy mu juz przesło...".
(...)
Gdy przyszła moja kolej (na składanie życzeń imieninowych Komendantowi - przyp. palatyn) - zameldowałem Komendantowi, że strzelec Łaś przy świadkach zestrzelił kominek. Właściwie - to nie wiadomo, czy go zestrzelił czy też Moskale zorientowali się, że ten kominek jest celem i sami go usunęli. Zameldowałem także, że strzelec Łaś srogo został ukarany.
- Czyś ty go chłopcze ukarał? Za co?
Powiedziałem że nie jak, ale koledzy z jego plutonu i to wcale wyrafinowanie. Przez kilka dobre dni ciągle ktoś go nie klepał, ale łupił z całej siły po ramieniu i pytał czy ma "cystą lufę".
Komendant zaśmiał się, ale zaraz spoważniał.
- To dobrze chłopcze, to dobrze. On przecie z dobrego serca. Ja znam górali. Gdybyś go ukarał, nie wiedziałby za co. Miałby poczucie krzywdy. Pamiętaj dziecko, poczucie krzywdy - wielka rzecz, wielka rzecz...

Najczęściej Bolesław Wieniawa-Długoszowski jest bohaterem anegdot. Tym razem przytaczam fragment jego opowieści zawartej w zbiorze „Wymarsz i inne wspomnienia”. Dariusz Nowiński.

W sam dzień sylwestrowy (1914 r. – przyp. D.N.) zjawiła się w kwaterze Beliny pewna niewiasta z kategorycznym żądaniem, aby ją przyjął na służbę do pułku. Belina bronił się zawzięcie, choć wobec gwałtownych nalegań zapalczywej niewiasty niezbyt pewnie, przed tą w życiu naszym wojskowym komplikacją  i w końcu dyskusji wytoczył argument, że dla żadnej niewiasty wyjątku zrobić nie może, a w pułku naszym żadna kobieta nigdy nie służyła i nie służy.
- Jak to nie służy! – z oburzeniem odparła niewiasta – a Hanka?
- Jeżeli pani powołuje się na Hankę – odparł z chytrym uśmieszkiem Belina – to muszę ustąpić, ale tylko pod warunkiem, jeżeli pani zgodzi się kwaterować zawsze z naszą Hanką. Wieniawa – zwrócił się do mnie Władek , gdyż przypadkowo byłem przy tej rozmowie obecny – bądź tak dobry i sprowadź tu jak najprędzej Hankę.
Jakaż była konsternacja  i przerażenie niedoszłej konnej patriotki, gdy po kilku chwilach  zameldował się w w mym towarzystwie w kwaterze rotmistrza olbrzymi, zwalisty chłop z krzaczastymi bakami, którego Belina przedstawił jej jako naszą uroczą Hankę, tak bowiem przekorny kaprys koleżeńskich żartów ochrzcił obywatela Kuleszę, świetnego kompana i srogiego żołnierza, obecnego dowódcę brygady naszej kawalerii, właśnie dla jego potężnej i stuprocentowo męskiej postaci.
Ja z mojej strony, z obowiązku szwadronowego barda, opiewałem jego popularną w naszych szeregach sławę trawestacją  znanej wojskowej piosenki, której – niestety – dwie tylko zwrotki  nadają się do druku:

Haniś moja Haniś,
Cóżeś za kochanka
Kiej ci z buzi pachnie
Rum i przepalanka.

Haniś moja Haniś,
Cóżeś za Hanisia,
Jak siadłaś na konia
To konik aż przysiadł.

Przepustka to wspaniała edukacyjna gra planszowa, przeznaczona głównie dla młodszych graczy, którzy podczas miłej rozgrywki mogą się czegoś jeszcze dowiedzieć o historii legionów podczas I wojny światowej. Jest ona przeznaczona dla od 2 do 5 graczy i z powodzeniem można grać całymi rodzinami. Każdy w niej znajdzie coś dla siebie. Podczas rozgrywki gracze wcielą się w postanie Legionistów, którzy otrzymawszy przepustki będą się starać odwiedzić swoje rodzinne strony. Może uda się również odwiedzić narzeczoną, lub miejsca pamięci czynu Legionowego, gdzie nierzadko koledzy poświęcili swe życia dla dobra odradzającej się ojczyzny. Przepustki są jednak krótkie i przed jej upływem trzeba wrócić do swoich jednostek. Polscy żołnierze korzystać będą z różnych środków transportu. Czasem będzie to kolej, statek, czasem trzeba będzie się zdać na siłę własnych mięśni bądź liczyć, że uda się złapać okazję. Może jakiś chłop pozwoli nam się zabrać z nim na wozie, bądź oficer będzie przejeżdżał automobilem i nas podwiezie. Na drodze mogą na nas niestety czyhać również różne niebezpieczeństwa. W końcu czasy wojennej zawieruchy niosły ich ze sobą wiele. Może się zdarzyć że na naszej drodze stanie zły Kozak lub żandarm pomyli nas z dezerterem. Na tyłach frontu trzeba być bardzo czujnym.

 

Gra jest pierwszym tytułem wśród gier planszowych poświęconym w całości historii Legionów Polskich.

Przepustka uczy bawiąc jednocześnie. Podczas gry:

  • - poznajemy geografię historyczną Galicji oraz Królestwa Polskiego,
  • - uczymy się historii przebiegu działań zbrojnych na froncie wschodnim I wojny światowej,
  • - w sposób atrakcyjny przybliżane są sylwetki 10 legionistów – m.in. Leopolda Lisa-Kuli, Felicjana Sławoja-Składkowskiego czy Zbigniewa Dunina Wąsowicza,
  • - dowiadujemy się o czynie zbrojnym polskich formacji legionowych, odwiedzając na planszy miejsca takie jak: Krzywopłoty, Marcinkowice, czy karpackie pobojowiska II Brygady Legionów pod Rafajłową czy Rokitną.

Gra posiada przepiękną szatę graficzną, która przykuje uwagę dzieci oraz ich rodziny. Merytoryczna dbałość o ilustracyjne detale pozwala na edukację z zakresu historii polskiego munduru.

Gra świetnie się nadaje do miłego spędzania czasu w rodzinnym gronie. Może ona sprawić wiele przyjemności przedstawicielom młodszego i starszego pokolenia.

Czas rozgrywki – średnio ok. 40 minut – pozwala wykorzystać grę na lekcjach historii, zajęciach muzealnych, w domach kultury czy na koloniach.

Choć porusza temat wojny, gra w żadnym elemencie nie skupia się na przemocy. Przepustce przyświeca idea nagrody za bohaterską służbę, którą jest urlop i odwiedziny ukochanej rodziny oraz narzeczonej.

Gra została stworzona przez dwójkę krakowskich historyków: Łukasza Wronę i Piotra Krzystka, którzy w 2013 r. otrzymali nagrodę specjalną od Prezydenta Polski Pana Bronisława Komorowskiego w konkursie na najlepszy pomysł uczczenia 150 rocznicy Powstania Styczniowego za grę ROK 1863.

Gra składa się z następujących elementów:

  • - dużej planszy przedstawiającej Galicję i część Królestwa Polskiego,
  • - 10 planszy Legionistów
  • - 22 pionków (10 Legionistów, 6 Kozaków, 6 żandarmów)
  • - 40 kart
  • - kafelków oraz żetonów
  • - instrukcji z dołączonym dodatkiem historycznym

autorzy: Łukasz Wrona & Piotr Krzystek
ilustracje: Cezary Szymański
gra dla 2 do 5 osób w wieku od 8 lat
czas gry: 20-60 minut
Gra ukazała się pod patronatem portalu jpilsudski.org
Premiera: sierpień 2014 r
28 Kwi

Belina-Prażmowski

Opublikowano w Felietony

Belina stworzył piękną polską legendę ułańską. Piosenki o nim Polacy śpiewają do dziś, a niebawem sto lat minie od tamtych czasów, kiedy Beliniacy szablami „wyrąbywali” z łap zaborców naszą niepodległość i granice. Pamiętajmy i o nim.

 

Przy Komendancie

   belina-prazmowskiW Krakowie, tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny dla niepodległościowej młodzieży komendantem był i Piłsudski (związków strzeleckich) i Władysław Belina-Prażmowski, komendant krakowskiego „Strzelca” i obozów szkoleniowych. Belina należał do tych ludzi Piłsudskiego, na których Marszałek polegał bezgranicznie. Ale i oni, niekiedy kilkunastoletni chłopcy mieli wiarę w to, co i jak robi Komendant. Wierzyli w zwycięstwo pod jego przewodem, darzyli Wodza najwyższym szacunkiem, mimo że Piłsudski nie był absolwentem szkół wojskowych, nie był wyższym oficerem którejś z zaborczych armii. Ale był Polakiem, umiał przemawiać logicznie do ludzi, prawidłowo oceniać wartość człowieka i zjednywać sobie tych wybranych przez siebie. Zostawał wtedy dla nich na całe życie ukochanym i jedynym Wodzem. Jak w piosence.

ikona_wjazd-do-Kielc-1914W końcu czerwca 1914 roku odbył się we Lwowie zjazd oficerski Związków Strzeleckich oraz Rady Głównej Związku Walki Czynnej. W czasie obrad dotarła do uczestników informacja o zabójstwie austriackiego następcy tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Jego zabójstwo było dużą stratą, gdyż angażował się on osobiście we wspieranie polskiej irredenty przeciwko Rosji.

W tym, że żołnierze Piłsudskiego grali w piłkę nie ma nic dziwnego. Rekrutowali się z Galicji, byłego zaboru austriackiego, w której przedwojenne piłkarskie tradycje były bardzo silne. Mocne drużyny istniały nie tylko w Krakowie i Lwowie, ale też w mniejszych miastach regionu. Już pod koniec XIX w. Na krakowskich Błoniach regularnie trenowano football. Gdy wybuchła wojna i piłkarze poszli w kamasze, w większych oddziałów istniała jakaś drużyna.
[...]
Stroje, z resztek mundurów, uszyła legionistom lwowska Liga Kobiet. Lwowianki zapewniły też piłkę do treningów. Legia (nazywana też Drużyną Legionową) grała gdzie się dało. Ogrywała inne zespoły wojskowe, a na jej meczach bywał sam komendant Piłsudski. Do Warszawy trafiła z frontem wiosną 1917 r. Tu wzbudziła zainteresowanie jako zespół z najlepszych galicyjskich piłkarzy. Dużą publiczność miał zremisowany 1:1 mecz z Polonią. Z kolei gdy w czerwcu tego roku Legia pojechała do Krakowa i wygrała 2:1, tamtejsza prasa potraktowała spotkanie jak derby. "Legia składa się głównie z najlepszych graczy Cracovii sprzed trzech lat, tak że wczorajsze zawody miały charakter rodzinny, bratania się, a nieraz ustępowania i omyłek, tłumaczących się tym, że gracze często zapominali, kto przeciwko komu gra" - pisał Ilustrowany Kurier Codzienny. Zespół w praktyce przestał istnieć, gdy rozpoczął się kryzys przysięgowy i polskich żołnierzy internowano.

Całość>> Legia, drużyna najbardziej piłsudska. Ale kiedy powstała? Kuba Dybalski, 20 maja 2012, www.sport.pl

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version