Józef Piłsudski i II Rzeczpospolita

Switch to desktop

Legiony Polskie

Wstęp

roweckiCałe wychowanie i wyszkolenie zarówno dowódców jak i strzelców zmierza do tego, żeby dać im jak najlepsze podstawy do wystąpienia w walce. Mimo jednak najstaranniejszego przygotowania rzeczywistość wojenna przekreśla zazwyczaj wszelkie pokojowe przewidywania stwarzając uczestnikom pierwszych walk daleko idące zaskoczenie. Wynika ono z samej istoty boju, tej wielkiej niewiadomej, w której człowiek, najlepiej nawet myślowo i praktycznie zaprawiony do swej roli, gdy nagle poczuje na sobie ciężar walki, grozę ognia przeciwnika oraz bliską możliwość odniesienia ran lub utraty życia, nieraz się zawaha, niejednokrotnie musi bardzo silnie wewnętrznie przełamać się, aby wykonać swój żołnierski obowiązek. To jest właśnie wpływ pierwszego ognia, ten tak zwany popularnie "chrzest ogniowy", po przejściu którego i przekonaniu się, że "diabeł nie taki straszny jak go malują", łatwiej będzie już potem wykonać następne bojowe wysiłki.

Ale obok tego są również inne czynniki, mające duże znaczenie dla wartości i bitności oddziału, wkraczającego po raz pierwszy na pole walki. Pokojowe przygotowanie żołnierza do wojny, oparte na regulaminach, nie zawsze zda egzamin w pierwszych starciach bojowych. Dowódca i podwładni szybko poczują, że najlepsze nawet przygotowanie pokojowe nie wyczerpuje istoty zagadnień bojowych oraz nie daje odpowiedzi na te niespodzianki, których nieskończoną ilość wysunie wojna. Tu o krok jesteśmy od wewnętrznego załamania. Jak to, tyle miesięcy, tyle lat pokojowego przygotowania i wojna przynosi właśnie coś nowego, coś innego! Więc nie jesteśmy gotowi, zostaliśmy źle przygotowani do wojny, tej od lat oczekiwanej? Tymczasem podobny fakt powtarza się niemal odwiecznie. Nigdy pokojowe przygotowanie wojska i jego garnizonowa zaprawa do wojny, nie mogły przygotować dowódców, żołnierzy i oddziałów do tych wszystkich niespodzianek i niewiadomych, jakie w toku wojny przynosił każdy nowy bój.

Dlatego też tak ważną rzeczą jest odpowiednie wprowadzenie strzelców a zwłaszcza dowódców w pierwszą walkę, Wstępna próba ogniowa powinna być połączona z pierwszym powodzeniem. Należy je koniecznie uzyskać, nawet kosztem innych ofiar, aby żołnierze w pierwszych już starciach nabrali zaufania we własne siły. Wówczas to, czego się nauczyli w czasie pokoju, oraz zdobyte za- ufanie do siebie i swych dowódców w pierwszych bojach będą podstawą dalszych powodzeń wojennych. Dziś w szeregach naszego wojska na szczeblu bezpośredniego dowodzenia coraz mniej jest dowódców, którzy sami wojnę przeżywali i kiedyś taki chrzest ogniowy przeszli. Może im niejedną refleksję przyniesie opis mego "chrztu bojowego" na tle wypadu na Ostrowce.

Rzut oka na położenie przed wypadem

Niepowodzenia pod Lwowem i w Lubelskim w sierpniu i wrześniu 1914 r. zmusiły wojsko austriackie do odwrotu za San i Wisłę.

Oddziały Komendanta Piłsudskiego po kilkotygodniowym pobycie w Kielcach wycofały się przez Stopnicę i Szczuczyn na południe od Wisły, gdzie wymieniono nareszcie jednostrzałowe Werndle na pięciostrzałowe Manlichery oraz częściowo uzupełniono oporządzenie żołnierskie. Tutaj Komendant Piłsudski otrzymał dla swej grupy[1] następujące zadanie[2].

W celu zabezpieczenia przed znacznymi siłami kawalerii rosyjskiej północno-zachodniego skrzydła 1 armii austriackiej, cofającej się z Lubelskiego za San, zostaje zorganizowana osłona wzdłuż Wisły od Wisłoki do Dunajca. Trzeci (III) odcinek tej osłony od Bolesławki (Mędrzechowa) do ujścia Dunajca powierzono oddziałom Komendanta Piłsudskiego. Miano zorganizować obserwację Wisły, zbadać brody, zabezpieczyć je przed przejściem nieprzyjaciela i w razie przeprawienia na prawy brzeg odrzucić go.

W rozkazie wskazano na działania w duchu zaczepnym oraz polecono szczególnej uwadze rejon Nowego Korczyna (szkic 1).

szkic1

W swoich wspomnieniach, wydanych pod tytułem "Moje pierwsze boje"[3], Komendant Piłsudski tak ujmuje ocenę powierzonego mu odcinka osłony nad Wisłą:

"Wisła od ujścia Dunajca płynie w kierunku północno-wschodnim a od Winiar skręca prosto na wschód, utrzymując ten kierunek aż do końca odcinka nr III, złą więc stroną obrony był ten zakręt rzeki. Jeszcze gorszą było to, że od ujścia Dunajca aż do Winiar, ze wzniesień lewego brzegu, można było przejrzeć najdrobniejsze szczegóły prawego brzegu i tylko gęste zadrzewienie niektórych wsi mogło dać jakie takie ukrycie, W razie poważniejszego zajęcia lewego brzegu ruch na moim brzegu mógłby się odbywać tylko nocą, a każdy pierwszy lepszy patrol z Winiar mógłby rozpatrzyć z łatwością cały rozkład obrony odcinka. Odcinek mój był właściwie głęboką dziurą, nad którą panował każdy, kto był w Winiarach i Opatowcu"[4].

Dlatego też Komendant postanowił przerzucić swe oddziały na brzeg północny, aby wykorzystać warunki terenowe, zgodnie zresztą z rozkazem zaczepnej obrony linii Wisły.

Były to niewątpliwie czynniki ściśle wojskowe, taktyczne fachowe: rozkaz i warunki terenowe. Jednak mimo takiego samego rozkazu dla sąsiednich odcinków osłony nad Wisłą i podobnych tam warunków terenowych nikt z naszych sąsiadów nie poszedł na północny brzeg ograniczając się wyłącznie do biernej obrony linii rzeki.

Komendant w swych wspomnieniach "Moje pierwsze boje" wyraźnie wspomina o wielkim ryzyku, na jakie narażone były oddziały strzeleckie, przerzucone za rzekę bez mostów ze słabymi środkami przeprawowymi, wobec przeważającej i dobrze wyposażonej w karabiny maszynowe i artylerię kawalerii rosyjskiej (14 dywizja kawalerii). Jednak Komendant powziął swoją decyzję pójścia za Wisłę, bo chciał, z jednej strony, dać sposobność do zaprawy bojowej swym oddziałom a jednocześnie pokazać Austriakom i społeczeństwu polskiemu, że mimo klęski i paniki austriackiej stać nas na czyny śmiałe, żołnierskie!... Te powody pójścia za Wisłę tak ujął Komendant we wspomnieniach[5]:

"Więc Rosjanie są już w Nowym Korczynie! Zdecydowałem od razu, że przejdę na tamten brzeg. Nie tylko dlatego, że ciągnęło mnie do Królestwa, ale i dlatego, że chciałem możliwie długo utrzymać w swych rękach wysoki brzeg przeciwległy, aby nie mieć stałych obserwatorów nieprzyjacielskich nad sobą. Przyznaję też, że jednym z motywów była chęć pokazania wszystkim, że dla nas, strzelców, przeszkód nie ma - a dodać trzeba, że nastrój całego otoczenia cywilnego i wojskowego w tym właśnie czasie, po porażkach lwowskich, był bardzo trwożny i skłonny do przesady w ocenie sił przeciwnika. Wyczuwałem to w Szczucinie , a teraz to samo widziałem wśród ludności mego odcinka. Śmiałem się na myśl, jak to zaimponuje, gdy będziemy po tamtej stronie. Zresztą akcja na lewym brzegu Wisły była przecież wynikiem otrzymanego rozkazu…

...Tejże nocy kazałem przeprawić się II batalionowi, z Norwidem[6] na czele, za Wisłę dla zajęcia Korczyna. Dwie kompanie z batalionu Wyrwy[7] kazałem przerzucić do Opatowca jako podstawę dla kawalerii - było jej niecały szwadron - której kazałem przejść Wisłę pod Opatowcem i zbadać okolicę: Winiary , Czarkowa aż po Wiślicę. Ruchy te odbyły się bez żadnych przeszkód ze strony nieprzyjaciela, Nieliczne patrole kozackie opuściły Korczyn, jak się okazało, zaraz po potyczce z Orliczem[8], tak że Norwid nie spotkał nikogo ani przy przeprawie, ani przy zajmowaniu miasteczka. Belina[9] zaraportował, że w najbliższej okolicy nieprzyjaciela nie ma, że jest on jakoby w Wiślicy, dokąd pójdą patrole . Na razie więc moja śmiałość opłaciła się – byłem z powrotem w Królestwie i podniosłem poczucie pewności siebie u moich żołnierzy, Zabawne też było patrzeć na to, jak wzmógł się wtedy ogromnie nasz autorytet wśród ludności. Przejście Wisły uważano za czyn nadzwyczajnej odwagi i śmiałości strzelców.

Do pewnego stopnia był to czyn śmiały, Nie miałem za sobą mostów, a przeprawa na starych promach zajmowała bardzo dużo czasu, Niewątpliwie więc oddziały, przerzucone za Wisłę, były eksponowane bardzo silnie w razie zjawienia się w ataku większej siły ze strony Rosjan. Przejazd przez Wisłę zajmował od 10 do 25 minut czasu i na raz można było przeprawić najwyżej 50 ludzi. Przeprawa więc słabego batalionu zajęłaby od 4 - 5 godzin czasu, W takich warunkach oddziały na lewym brzegu Wisły wisiały właściwie w powietrzu. Saperzy, którym poruczyłem opiekę nad przeprawą, wymyślali różne sposoby jej przyśpieszenia ale i sami nie byli jeszcze zbyt praktyczni pod tym względem, a zresztą, jak się to mówi, z próżnego i Salomon nie naleje" .

W ten sposób w nocy 16/17 września zajęto Nowy Korczyn jako podstawę do dalszych działań zaczepnych na północnym brzegu Wisły. Dla zabezpieczenia posiadania wysokiego brzegu rzeki wysłano do Opatowca i Winiar oddziały piechoty, które stały się oparciem dla kawalerii Beliny, rozpoznającej na Wiślicę i bardziej na północ.

W ciągu 17 i 18 IX trwa ożywiona działalność rozpoznawcza naszej kawalerii i piechoty na Wiślicę, Busk i Stopnicę. Doprowadza ona do szeregu starć i potyczek wyjaśniających, że na północ od Wisły mamy do czynienia w pierwszym rzucie z 3 - 4 szwadronami kawalerii z karabinami maszynowymi a w głębi około 2-3 pułków kawalerii rosyjskiej z artylerią.

Tymczasem na prawo i lewo od odcinka osłony, będącego pod rozkazami Komendanta, mimo ogólnie obowiązującego rozkazu "obrony Wisły w sposób zaczepny", panowała kompletna panika i popłoch. Ani jeden żołnierz austriacki nie przeszedł na północny brzeg, mosty popalono, łodzie i promy żandarmeria austriacka "na rozkaz z Krakowa" paliła lub dziurawiła. Chciano nawet podziurawić łodzie i promy na odcinku nr III pod Korczynem tak, że musiano wystawić posterunki zabezpieczając sprzęt przeprawowy nie tyle przed Moskalami, co przed żandarmami austriackimi.

Moskale wyczuli widać, że nasi sąsiedzi, zamiast zaczepnie, zamierzają bronić Wisły całkiem biernie, gdyż skierowali główne swe siły przeciwko zgrupowaniu Komendanta Piłsudskiego.

W tym czasie nadeszły wiadomości, że w Busku jest sztab dywizji kawalerii rosyjskiej a w rejonie tej miejscowości rozmieszczono główne jej siły.

Komendant mówi o tym w swoich wspomnieniach[10]:

.. .zdecydowałem w nocy uderzyć na Busk, Był to projekt bardzo śmiały, bardzo ofensywny, lecz, zdaniem moim, zupełnie wykonalny, gdyby... gdyby właśnie nie owe techniczne przeszkody, które na każdym kroku się piętrzyły. Dla przygotowania tego planu kazałem przerzucić do Nowego Korczyna jeszcze jeden batalion, czwarty, z poleceniem zajęcia najbliższych wsi na północ od Korczyna i zrobienia wywiadu w kierunku Buska. Operacja ta doprowadziła do krótkiego boju na północ od Korczyna. Nieprzyjaciel ukazał się z prawego skrzydła. Szedł od Solca - od wschodu. Bój rozstrzygnął się wieczorem na naszą korzyść, Trzeci batalion - z początku jego prawa osłona - wytrwał przez pewien czas w ogniu karabinów maszynowych, potem, wprowadziwszy rezerwy do boju, wyparł nieprzyjaciela z lasu i zmusił do cofnięcia w kierunku Solca".

W wyniku więc zamiaru uderzenia na Busk wywiązały się w dniu 19 IX walki pod Uciskowem i Grotnikami Małymi (szkic 1). Pod wieczór stwierdzono główne skupienie rosyjskiej kawalerii z artylerią na kierunku nie Buska lecz Solca i Stopnicy. Napływały meldunki, iż nieprzyjaciel, który walczył pod Uciskowem i przed Korczynem, wycofał się na Ostrowce l Zagórzany oraz że w Ostrowcach stoi artyleria i tabory rosyjskie.

Na podstawie tych danych Komendant postanowił – jak sam się wyraził[11]

            „...odłożyć swój plan marszu na Busk do lepszych czasów. Natomiast zdecydowałem spróbować odeprzeć nieprzyjaciela jeszcze dalej na wschód od mego prawego skrzydła".

W związku z tą decyzją Komendanta nastąpił w nocy 19/20 IX 1914 r. wypad półtora batalionu strzelców na Ostrowce.

Główne zadanie otrzymuje I batalion Satyra-Fleszara [12], który ma uderzyć o świcie od wschodu przez zaskoczenie nieprzyjaciela w Ostrowcach. W tym celu batalion przeprawi się przez Wisłę pod Strojcowem i przez Brzostów- Kawenczyn uderzy na Ostrowce (szkic 2 w załączeniu).

szkic2

Pół batalionu (1 i 4 kompania V batalionu) pod dowództwem Karasiewicza- Tokarzewskiego[13] wesprze działania I batalionu uderzając od południa przez Korczyn, koło Górnowoli na Ostrowce i Zagórzany z tym jednak, że nie wyruszy z rejonu Górnowoli wcześniej niż o godz. 4.

Bataliony stojące w Nowym Korczynie mają osłonić późniejsze wycofywanie oddziałów wypadowych, ewentualnie wesprzeć ich działania w rejonie Ostrowce-Grotniki - Nowy Korczyn.

Pod wieczór 19 września odbyła się w dowództwie V batalionu odprawa, na której dowódca batalionu Karasiewicz-Tokarzewski, wydał rozkazy dowódcom kompanii[14] w związku z wypadem nocnym. Pod koniec odprawy przybył Komendant Piłsudski i zwrócił uwagę na współdziałanie z I batalionem, który ma zajść na tyły Moskalom i odciąć ich drogi odwrotu.

Uczestnik odprawy gen. Sławoj-Składkowski w swych wspomnieniach[15] notuje jej przebieg następująco:

W małej chacie nad Wisłą przy świetle lampki odbyła się ta pierwsza nasza odprawa przed bitwą, Jesteśmy wszyscy wzruszeni, Komendant Główny jest spokojny, wydaje rozkazy stanowczo, ale jakoś łagodnie, jakby nas chciał przekonać, że to takie proste iść za Wisłę, bić się z Moskalami. Słowa Komendanta wlewają otuchę w nasze rozgorączkowane umysły

Takie było tło i wypadki poprzedzające wypad na Ostrowce. Poniżej podaję fragment wypadu ujęty jako bezpośrednie moje pierwsze przeżycie bojowe, uczestnika wypadu, wówczas dowódcy pierwszej sekcji, pierwszego plutonu, pierwszej kompanii V batalionu[16].

Wypad na Ostrowce

Dzień 19 września przebiegł nam w 1 kompanii V batalionu na zajęciach w odwodzie w Borusowej nad Wisłą. Dopasowywanie otrzymanego uzbrojenia i oporządzenia: Manlicherów, ładownic, tornistrów itp. niezbyt ciekawe czynności wypełniły nam całe popołudnie.

Podczas wydawania kolacji nadchodzi wiadomość: "Komendanci plutonów i podoficerowie do komendanta kompanii". Gdyśmy się tam zgłosili, widać było, że nasz komendant, Sław-Zwierzyński[17] promienieje radością. Wkrótce z entuzjazmem wydał nam rozkazy, które w streszczeniu wyglądały następująco:

Dziś w nocy idziemy na wypad na drugą stronę Wisły. Marsz nocny będzie przeprowadzony jak najszybciej, by przed świtem niespodziewanie napaść na Moskali a szczególnie na ich artylerię i tabory pod Ostrowcami. Tak określił nasze zadanie dowódca kompanii. Mamy wyruszyć w oporządzeniu patrolowym, jak najlżejszym; wszystkie brzęczące części pozostawić, inne tak porozmieszczać, aby nie uderzały jedne o drugie. O godz. 21 zbiórka. Do tego czasu wszystko przygotować, żołnierzy pouczyć, jak mają się zachowywać. Oprócz naszej kompanii pójdzie kompania 4. Całością będzie dowodził nasz dowódca batalionu, komendant Karasiewicz. Kompanie 2 i 3 pozostają nadal w Borusowej w pogotowiu.

* * *

O godz. 21 zbiórka. Kontrola wyposażenia i oporządzenia, czy wszystko dobrze dopasowane, czy nic nie szczęka i nie brzęczy, czy nakazaną ilość amunicji - po 200 sztuk - każdy żołnierz ma przy sobie.

Wkrótce potem ruszyliśmy nad brzeg Wisły do przeprawy, która miała odbyć się na dwóch dość "sfatygowanych" promach, z których każdy mógł zabrać około 30 ludzi, oraz na jednej łodzi. Jak mówiono, przejazd jednej partii przez Wisłę miał trwać około 20 minut. Biorąc pod uwagę, że stan obu kompanii wynosił około 200, przeprawa całego półbatalionu powinna była trwać przeszło godzinę.

Bez większych trudności przewieziono nas na drugi brzeg w widłach Nidy i Wisły. Jednak przeprawa, chociaż przewóz odbywał się bardzo składnie, trwała ponad półtorej godziny, zanim obydwie kompanie zebrały się na północnym brzegu. Po prowizorycznym, trzęsącym moście na Nidzie przeszliśmy do N owego Korczyna. Miasteczko jakby wymarło. Ciemno, nikogo nie widać, gdzieniegdzie tylko napotykamy na nasze patrole lub posterunki. Ostre rozkazy komendanta II batalionu, Norwida, uporządkowały mieścinę z wyraźnie nieprzychylną dla nas ludnością żydowską. Zakaz opuszczania domów po godzinie 20 i palenia świateł w oknach, nade wszystko zaś nałożona 10-tysięczna kontrybucja i wzięcie rabina jako zakładnika – zrobiły swoje.

Od naszych oddziałów, stojących w Nowym Korczynie, dowiedziano się, iż nieprzyjacielska kawaleria (około 2 sotni), która dziś po południu nacierała od strony Solca przez Górnowolę na Grotniki, pod wieczór wycofała się na Ostrowce. Nasze placówki i czujki stoją obecnie tuż na północ od Nowego Korczyna i w Grotnikach Wielkich. Dalej ku północy i północo-wschodowi możliwe jest spotkanie w każdej chwili patroli rosyjskich (szkic 2).

Mieliśmy marszem nocnym dotrzeć do Ostrowców, gdzie spodziewaliśmy się artylerii i taborów rosyjskich. Aby do nich dojść i ze świtem niespodzianie uderzyć, trzeba było wyminąć nieprzyjacielskie oddziały, nocujące zapewne w Górnowoli lub Piotrówce, i obejść ich ubezpieczenia, znajdujące się w tym rejonie. Należało więc tak posuwać się, by nie spotkać się z rosyjskimi patrolami lub ubezpieczeniami a - w razie napotkania - bez strzału je obezwładnić.

Ponieważ przechodzenie przez wsie mogło łatwo nas zdradzić, najpierw wskutek wykrywania nas przez wywiad rosyjski, szeroko rozgałęziony i pracujący po osiedlach, ponadto z tego choćby prostego powodu, że gdy obcy wejdą do wsi, psy zaczną ujadać - mamy ominąć zamieszkałe miejscowości. Dlatego po wyjściu z Nowego Korczyna mieliśmy ruszyć traktem na Zagórzany - Stopnicę, potem skręcić koło Górnowoli i przez pola wyjść wprost na Ostrowce. W ten sposób wyminęlibyśmy znajdujące się po drodze miejscowości: Grotniki Wielkie i Małe, Górnowolę i Górnowolę Szpitalną lub Piotrówkę.

Do marszu nocą przez nieznany teren, do tego często na przełaj, potrzebny był przewodnik. Miał być nim jeden z naszych żołnierzy, dobrze znający te okolice. Czekaliśmy też z wyruszeniem na niego. Czas upływał, deszcz mżył, zrobiło się bardzo chłodno. Minęła już dawno północ. Obie kompanie leżą na rynku w Korczynie, żołnierze drzemią. Przewodnik nie przybywa. Komendant Karasiewicz postanawia nie czekać dłużej i ruszać. Kazano nam nałożyć bagnety, karabinów nie ładować. W razie zetknięcia z nieprzyjacielem mamy rzucić się na niego na bagnety i obezwładnić. Jako kompania czołowa rusza pierwsza, nasza. Jest już dobrze po godz. 2. Ja zostaję wyznaczony na dowódcę patrolu przedniego[18].

Zebrałem moją sekcję, krótko podałem jej zadanie, objaśniłem o sposobie naszego posuwania się i ruszyłem przez Nowy Korczyn na trakt wiodący do Zagórzan. Dziwny to był patrol przedni. Razem z nim szli: mój komendant kompanii i komendant batalionu ze swym sztabem w liczbie 2-3 osób. Nie wiem dlaczego, skoro nie przybył przewodnik wojskowy, nie wzięto jakiegoś mieszkańca Korczyna, na pewno ułatwiłoby to i przyspieszyło nasz marsz.

Samo wydostanie się w nocy z Nowego Korczyna, miejscowości bardzo ciemnej, nieznanej i nieporządnie zabudowanej na trakt do Zagórzan nie było łatwe. Kilka razy musiałem wybiegać naprzód i na boki szukając wyjścia z krętych uliczek. Straciliśmy przynajmniej z pół godziny, zanim wydostaliśmy się na właściwy trakt zagórzański. Wkrótce minęliśmy naszą czujkę przy drodze i teraz zdani byliśmy już na własny wzrok, słuch no i - przede wszystkim - węch. Droga była bardzo ciężka i pełna wyboi; grząskie, lepkie błoto ogromnie utrudniało posuwanie się. Ubezpieczenia czołowe i boczne ciągle zatrzymywały się. Młody żołnierz, nieprzyzwyczajony do nocnych marszów bojowych, co chwilę widział patrole lub czujki nieprzyjacielskie w krzakach stojących przy drodze, albo w jakimś kopcu na polu. Ciągle napływały meldunki i doniesienia o nieprzyjacielu, które trzeba było sprawdzać przez patrole.

Obecność przy mnie tylu przełożonych, z których co chwilę któryś coś zauważył i rozkazywał sprawdzać, jeszcze bardziej komplikowała moje zadanie. Toteż zatrzymywaliśmy się co parę minut. Stawała wtedy cała kolumna, która szła prawie tuż za moim patrolem przednim. Deszcz ciągle mżył i silna wichura utrudniała orientację oraz nadsłuchiwanie. Upłynęła przeszło godzina a posuwając się w ten sposób nie wiem, czy uszliśmy od Korczyna kilometr. Do Ostrowców mieliśmy jeszcze ponad 5 km, a już zbliżała się godzina 4, "Jeśli tak dalej będziemy maszerowali, nie ma mowy, abyśmy zdążyli ze świtem uderzyć na Ostrowce. Trzeba szybciej maszerować", powtarzał idący obok mnie, komendant kompanii Sław-Zwierzyński.

Miałem dobry wzrok i słuch, byłem przyzwyczajony do działań w ciemnościach, bo nie mało w swym życiu przerobiłem ćwiczeń nocnych początkowo w harcerstwie, później w drużynach strzeleckich. W zaborze rosyjskim większość ćwiczeń trzeba było przecież przeprowadzać nocami. Gdy więc ubezpieczenie czy też który z przełożonych alarmował, że tam właśnie na prawo widać kilku konnych, ja jakoś szybko i szczęśliwie wykrywałem - drzewa. Gdy ktoś nagle słyszał człapanie koni przed nami, ja po zatrzymaniu patrolu i nadsłuchaniu stwierdzałem, iż jest to złudzenie. Za chwilę też przekonywaliśmy się, iż tak było w rzeczywistości. Taka kilkakrotnie wyrażona pewność siebie zrobiła widać na moich przełożonych wrażenie, bo zwrócił się do mnie Sław-Zwierzyński, abym przyśpieszył ruch mego patrolu przedniego wykorzystując to, że sam tak dobrze widzę i słyszę. Zaproponowałem wtedy, by mój patrol odsunąć dalej od kolumny, przynajmniej na 100-200 kroków, oraz aby sztab i przełożeni pozostali na czele sił idących z tyłu za mną. Komendant batalionu częściowo zgodził się na to, odsyłając swój sztab, sam jednak wraz ze Sławem-Zwierzyńskim pozostał przy mnie. Teraz zmieniłem swoje ubezpieczenia[19]. Wysyłając nowe wydałem rozkaz, iż nawet w razie zauważenia nieprzyjaciela na osi marszu, nie wolno im zatrzymywać się, ale mają przeć dalej, aż do zetknięcia się z nim, po czym bagnetami go obezwładnić.

Boczne ubezpieczenia wysłałem teraz bliżej, zaledwie o 30-50 kroków od osi marszu, aby, jeżeli gdzieś z boku będą rosyjskie ubezpieczenia, nie zawadzić o nie, lecz raczej prześlizgnąć się obok nich. Sam wysunąłem się do przodu idąc tuż za moim czołowym ubezpieczeniem. Tempo naszego marszu wzrosło teraz niemal dwukrotnie. W następnej godzinie pokonaliśmy około 2 km dochodząc mniej więcej na wysokość Górnowoli. Nie mogąc zapalać latarki, orientowałem się w ciemnościach jedynie przebytą odległością i od czasu do czasu ujadaniem psów, które wskazywały mi, że przechodzimy obok miejscowości.

Przed wymarszem z Korczyna komendant Sław, pokazał mi mapę. Wbiłem sobie wówczas w pamięć teren i teraz tym posługiwałem się przy orientacji. Przed pół godziną ujadanie psów było słychać o jakie 500 kroków w prawo. To by się zgadzało, tam powinna być wioska Grotniki Małe. Teraz doszło nas szczekanie od przodu na prawo w skos. To będzie pewnie Górnowola. W tym czasie zaczął różowić się wschód. Dniało[20] a my byliśmy jeszcze ponad 2 km od Ostrowców. Przez opóźnienie cała nasza wyprawa mogła się nie udać. Przeciwnik albo wycofa się, albo za dnia podpuści nas blisko i rozpocznie walkę ogniową. Nie mieliśmy wyboru. To ostatnie może nas spotkać z każdej wioski, którą za dnia będziemy mijali, o ile naturalnie będzie w niej nieprzyjaciel.

Otrzymałem rozkaz zejścia z drogi na wschód i ruszenia na północ od Górnowoli na przełaj przez pola na Ostrowce. Wchodzimy w nieckę terenową, od północy ograniczoną Ostrowcami leżącymi na wzniesieniu, i wzgórzem 192 na zachód od wsi, od południa - wzniesieniem z miejscowościami Górnowola i Górnowola Szpitalna. Odległość między tymi obramowaniami wycinka wynosiła około półtora km. Jeżeli nieprzyjaciel jeszcze zajmuje Ostrowce, nasze położenie może być przykre. Muszę więc z patrolem jak najszybciej spełnić swe zadanie i zbadać wieś, zanim do niej zbliży się nasz półbatalion.

Zwiększam tempo posuwania się patrolu. Biegliśmy kilkadziesiąt kroków, ale bieg nie idzie dobrze, bo moi podkomendni są jakby zmęczeni, chociaż zrobiliśmy przecież przez noc zaledwie niecałe 10 km. Widać jednak, że marsz nocny, niewyspanie, przemoczenie a nade wszystko źle dopasowane obuwie i liczne otarcia nóg, jak później się przekonałem, zrobiły swoje. Zawsze ruchliwi strzelcy byli jakby przygwożdżeni do ziemi czy obładowani ciężarami. Obejrzałem się do tyłu. Idący do niedawna w kolumnie, półbatalion teraz rozczłonkował się kompaniami (1 kompania na prawo, 4 na lewo) a te z kolei plutonami. Tak idąc szachownicą posuwaliśmy się na Ostrowce. Odetchnąłem! Nawet w razie zaskoczenia ogniem ze wsi nie będzie on groźny dla rozrzuconych w terenie plutonów, które w każdej chwili mogą się rozwinąć w tyralierkę. Na prawo i lewo od mojej sekcji zauważyłem wysunięte patrole, zdążające też ku Ostrowcom. Półbatalion szedł przygotowany do stoczenia walki.

* * *

Około godz. 6 weszliśmy do Ostrowców.

Nieprzyjaciela nie było. Wysłano patrole i wystawiono ubezpieczenia. Placówki stanęły na kierunku Wełnina i Zagórzan, wystawiono również posterunki alarmowe. Zmęczeni nieprzespaną nocą żołnierze pokładli się koło domów i drzemali. Nasza kompania dostała rejon przy kościele. Pierwszy pluton rozłożył się na dziedzińcu koło kościoła pod ładnymi cienistymi jesionami. 4 kompania pomaszerowała na cmentarz a potem podobno w kierunku Zagórzan.

Podoficer ordynansowy komendanta Karasiewicza w sprytny sposób wypytał ludność miejscową i dowiedział się, że wczoraj wieczorem Moskale odeszli z Ostrowców w kierunku północnym na Solec i północno-wschodnim na Wełnin. W nocy żadnych taborów tu nie było, tylko patrole kozackie kilka razy przechodziły przez wieś.

Wypoczywaliśmy w Ostrowcach. Czekaliśmy na i batalion Satyra-Fleszara, który opóźnił się z powodu bardzo złych dróg i teraz nadciągał ucierając się po drodze z patrolami kawalerii rosyjskiej. Wreszcie nadeszli i, porządnie widać zmachani, rozłożyli się podobnie jak i my na odpoczynek w południowej części wsi. Odpoczywaliśmy. Kto mógł pożywiał się kupując trochę chleba i mleka. Nie wielu jednak było takich szczęśliwców, bo wyżywić kilkuset głodnych ludzi w tak małej miejscowości było niemożliwe. Żywności żadnej nie przywieziono. Ja nie należałem do głodujących, gdyż ludność w Ostrowcach nie znała wojny l dzieliła się tym, co miała, na ogół chętnie nie używając utartych już gdzie indziej określeń: "Nie ma, nie ma panoczku, ruskie wszyćko zabrali".

Nagle, przyjemny nastrój, w jakim odpoczywaliśmy, przerwały szybkie, jeden po drugim, pojedyncze strzały. Podbiegłem do mego plutonu. Żołnierze bez rozkazu zerwali się, rozebrali już kozły i stali w pogotowiu. Wysłano patrole w kierunku strzałów, których naliczono zaledwie kilka i gdzieś bardzo blisko, jakby tuż we wsi. Wkrótce pojawił się podoficer z naszej kompanii, Polan-Tarczyński, ze zdobyczną szablą i koniem dragońskim. Okazało się, że wychodząc na patrol około godz. 11 na wschód w kierunku na Kawenczyn natknął się jeszcze w zabudowaniach Ostrowców na dwóch dragonów rosyjskich. Widocznie rosyjski patrol dragoński ominął nasze ubezpieczenia i wślizgnął się do zajętej przez nas wsi. Nie wyszło im to na dobre, bo gdy dragoni natknęli się na Tarczyńskiego, ten przez płoty dał do nich kilka strzałów. Jeden z dragonów spadł, drugi zdołał ujść konno. Przyprowadzony koń należał właśnie do tego pierwszego,

Ale z tego widać było, że nasze ubezpieczenia za dobrze nie pracują, lub stoją za rzadko, skoro nieprzyjacielscy kawalerzyści mogą tak bezkarnie wjeżdżać do wsi i nawet po wymianie strzałów uciekać. Jednocześnie prawie napłynęły od ubezpieczeń meldunki, że od strony Wełnina widać patrole konne . Nasz komendant batalionu zarządził wysłanie w tym kierunku silnego patrolu oficerskiego. Natychmiast też wyruszył obywatel Styk[21] z półplutonem. Mniej więcej w pół godziny, a więc gdy mógł on znajdować się już pod Wełninem, doszedł nas stamtąd odgłos silnej strzelaniny. Widocznie Styk natknął się na nieprzyjaciela i walczył. Wyznaczono na pomoc Stykowi, właściwie dla osłony jego wycofania się, nasz I pluton, który ruszył natychmiast. Jako komendant pierwszej sekcji szedłem, jakby z urzędu, w szpicy.

Poprzez zabudowania Ostrowców weszliśmy w widły dróg prowadzących do Wełnina i Kawenczyna. Pełno tu było wydm piaszczystych, z lekka porośniętych suchymi trawami. Gdy nasz pluton ukazał się na nich, z północy od lasu i od północo-wschodu od Wełnina gwizdnęły w naszym kierunku pociski karabinowe (szkic 3 w załączeniu). Przypadliśmy do wydm i przyjęliśmy front w lewo na północ. Ja z moją sekcją znalazłem się najbardziej na prawo, na skrzydle. Podpełzłem z żołnierzami do horyzontu wydm tak, abym mógł dobrze obserwować przedpole i wybrać dogodne stanowiska strzeleckie.

szkic3

Na prawo w skos ode mnie, o jakieś 2000 kroków widać wieś Wełnin, położoną ukośnie do naszego frontu. Przesłaniała ona całkowicie wgląd w dalsze przedpole. Między Wełninem a nami wklęsła niecka terenowa w środku najniższa i zdaje się błotnista. O kilometr od nas, przy drodze Ostrowce-Wełnin, zadrzewione zabudowania również ograniczają wgląd. Między nimi a Wełninem widać kilku pieszych - to pewnie cofający się patrol Styka. Od wsi bardziej na zachód horyzont jest ograniczony lasem, za którym widać kominy uzdrowiska Solec. Od tego właśnie lasu i od Wełnina padły na nas strzały. Teraz widać tam ruch pieszych i konnych. Między nami i lasem odległość wynosi 1500 kroków. Jest to dalszy ciąg tej samej niecki terenowej. Dopiero bardziej na zachód teren podnosi się kończąc się wzgórzem z folwarkiem Zagórzany, leżącym tuż pod lasem. To wzgórze i zabudowania folwarku Zagórzany panują bardzo silnie nad wspomnianą niecką terenową. Koło folwarku Zagórżany widać na odległości około 2000 kroków bardzo duży ruch konnych i pieszych.

Nad nami co chwila przelatywały pociski. Dziwne uczucie być tak pierwszy raz pod ogniem. Słysząc świst pocisku mimo woli oglądałem się jakby chcąc je zobaczyć. Tych uderzeń pocisków w powietrze ciągle przybywało. Kilkakrotnie już trafiły w pobliskie drzewa. Nie robiło to jednak wielkiego wrażenia. I to ma być ten osławiony chrzest ogniowy? Byłem zawiedziony. Tak się bowiem złożyło, że w marszu na Kielce nie byłem pod ogniem. Potem zachorowałem w Kielcach na biegunkę. Teraz nareszcie jestem pod ogniem, ale nie wygląda to jakoś groźnie. Jednak skoro jesteśmy pod ogniem i może trzeba będzie przyjąć walkę ogniową, powinni się chłopcy okopać. Ale czym? Łopatek nie mieliśmy wcale. Nie wzięliśmy nawet ze sobą menażek, którymi potem okopywano się pod Laskami. Pozostawało jedynie grzebać się w piasku rękoma lub też wykorzystywać zagłębienia wydm.

Zanim jednak zdążyłem wydać rozkaz do okopania się, doleciały nas odgłosy silnej strzelaniny jakby z rejonu między folwarkiem Zagórzany a cmentarzem koło Ostrowców. To pewnie walczy tam nasza 4 kompania ze spieszoną kawalerią rosyjską, nacierającą na Ostrowce od . strony lasu. W tym również czasie zauważyłem w tyle za nami przesuwających się żołnierzy: były to oddziały I batalionu, które widocznie zostały poruszone podczas odpoczynku strzałami i teraz wychodziły na nasze prawe skrzydło.

Wtem nad głowami coś zabzykało, jakby przeleciała chmura brzęczących owadów. Przeleciała raz i drugi. Ze zdumieniem spoglądałem w górę. Za chwilę nowa fala nadleciała. Ta już zdaje się była bliższa, bo nagle z sąsiedniego drzewa zaczęły się sypać gałązki, jakby je kto kosą uciął. Jeszcze chwila i nagle coś się kurzy tuż pod nami u spodu wydmy. Nagle krzyk na lewym skrzydle. Kilku naszych leżało niżej, jeden z nich został ranny w nogę. Zrozumiałem teraz. To strzelają karabiny maszynowe. Widać biły z daleka, bo turkotu nie było słychać. Pewno umieszczone były na skraju lasu przed nami.

Przywarliśmy do ziemi, gdzie kto mógł. Pazurami darliśmy piasek wygrzebując jamę i usypując przed sobą osłonę. Najwyższy był czas po temu, bo ogień przeciwnika wzmagał się. Pociski gęsto już biły po wydmie. Parę razy pokropiła nas seria z karabinu maszynowego, jednak dotąd szczęśliwie; więcej rannych na razie nie było.

Tymczasem ze skraju lasu przed nami zaczęły się odrywać grupki pieszych i posuwać się do niecki terenowej. Najpierw było ich z 10 - 20, potem coraz więcej. Odległość ciągle jeszcze duża - ponad 1000 – 1200 kroków.

Wtem coś trzasło na lewo od nas w pobliżu kościoła, trzasło raz, drugi i trzeci. Na niebie ponad wieżą kościelną pokazały się białe dymki, to biła artyleria rosyjska.

Z ciekawością podniosłem wyżej głowę. A więc mam w dzisiejszym chrzcie ogniowym usłyszeć cały koncert! Znowu trzasło i to już kilka razy prawie jednocześnie. Na niebie pękały liczne szrapnele posypując swymi kulkami Ostrowce. Walka się rozwijała. Na lewo od nas w kierunku cmentarza strzelanina nie ustawała, chwilami wzmagając się jak bulgotanie gotującej się wody. Przed nami nieprzyjaciel posunął się jeszcze o jakie 200 kroków. Otrzymałem rozkaz otwarcia ognia. Zaczęliśmy strzelać przy celowniku 1000. Na razie nie mogłem stwierdzić wyników naszego ognia. Ale niech przybliżą się, damy im łupnia. Do tego jednak nie przyszło. Wkrótce padł rozkaz "Wycofać się".

* * *

Wobec przewagi nieprzyjacielskiej artylerii i ognia karabinów maszynowych, których my nie mieliśmy, komendant Karasiewicz postanowił wycofać się na Grotniki Małe, gdzie mamy stawić ponowny opór. Nasz pierwszy batalion już wycofuje się, ale wprost na południe.

Odwrót w kierunku Grotnik wykonaliśmy tak, aby ogień artyleryjski mógł nam jak najmniej szkodzić.

Po opuszczeniu Ostrowców, gdzie na razie pozostawiono patrole bojowe, nasz półbatalion wyszedł na otwartą przestrzeń, ciągnącą się z półtora km do Górnowoli a znaną nam już z rannego marszu do nieprzyjaciela.

Posuwaliśmy się jak na placu musztry. Dwa plutony czwórkami w odstępach jeden od drugiego o 100 - 150 kroków, trzeci pluton w tyle o 100 kroków w tyralierce, jedna kompania obok drugiej. Wszystko wyrównane, przy czym dowódcy pilnowali wyrównania tak, jakby od tego zależało, żeby w nas jaki szrapnel nie trzasnął. Przydało nam się to zresztą bardzo. Młody nasz żołnierz, przeważnie po raz pierwszy w ogniu karabinów maszynowych i artylerii, trochę był poddenerwowany. Nie było cienia paniki, ale na takie poddenerwowanie równanie, dyscyplina i jakby musztra bojowa na placu ćwiczeń bardzo dobrze zrobiły. Wszyscy się uspokoili, co miało dużą korzyść dla dalszych działań tego dnia.

Szliśmy więc tak na przełaj przez pola z szybkością bardzo małą, najwyżej 1 km w ciągu 30 minut. Tymczasem artyleria rosyjska, strzelająca na Ostrowce, mniej więcej po pół godzinie zaczęła ostrzeliwać przestrzeń między Ostrowcami i Górnowolą, ale już w tym czasie, gdy dochodziliśmy do Górnowoli. Jeszcze 200 kroków i zniknęliśmy z pola obserwacji przeciwnika. Gdyśmy przeszli na południe od Górnowoli, miejscowość ta swymi domami i licznie rozrzuconymi kępami drzew całkowicie nas zasłoniła. Po krótkim zatrzymaniu się na linii Górnowola - Górnowola Szpitalna wycofaliśmy się na Grotniki Małe. Nieprzyjaciel nie przeszkadzał nam w tym zupełnie. Tutaj dołączył do nas patrol Styka z jednym ciężko[22] i jednym lekko rannym.

W Grotnikach Małych oczekiwał już nas półbatalion II batalionu pod rozkazami Żymierskiego, który, zaalarmowany w Nowym Korczynie przez Norwida, otrzymał rozkaz obsadzenia Grotnik i przyjęcia wycofujących się z Ostrowców batalionów. Na lewo od Żymierskiego miał stanąć nasz batalion a I batalion Fleszara wycofał się od razu do Nowego Korczyna.

Obsadziliśmy więc zachodnią część Grotnik Małych: nasza kompania na lewym skrzydle, 4 na prawo. Mój pluton, najbardziej dotychczas znużony służbą, stanął w odwodzie w szkole u zachodniego wylotu wsi, Inne plutony obsadziły wieś (szkic 4 w załączeniu).

szkic4

Do obrony wykorzystano rów drogowy od strony Górnowoli, tworzący jakby naturalny rów strzelecki. Zabudowania znajdujące się z drugiej strony drogi, stanowiły naturalne zaplecze i umożliwiały skryte wycofanie się.

Przedpole przed odcinkiem naszej kompanii w swej lewej części było otwarte; widoczność aż pod Piotrówkę i Górnowolę, to jest na około 2000 kroków. Przed prawym skrzydłem kompanii dużo drzew; grupy i rzędy topoli oraz wierzb przesłaniają widok na Górnowolę. Pogoda znowu się psuje. Zaczyna mżyć deszcz, wilgoć przejmuje dotkliwie.

Około godz. 13.00 na przedpolu, od strony Górnowoli, pojawili się jeźdźcy rosyjscy. Potem znikli wśród rozrzuconych drzew i zasłon terenu i po pewnym czasie pokazali się już bliżej.

W pewnej chwili około godz. 14 na drodze Nowy Korczyn - Zagórzany - Stopnica ukazała się kolumna kawalerii rosyjskiej w sile około 100 koni. Oddział poprzedzało kilka patroli konnych. Pada rozkaz: ukryć się, dopuścić kolumnę na 200 kroków i dopiero wtedy przyjąć ją salwami. Nasz pluton też miał przygotować się do rozpoczęcia ognia. Pouchylaliśmy okna. i uklękliśmy przy nich. Karabiny odbezpieczone w rękach. Czekamy!

Dziwne drżenie rąk i bicie serca. Widzimy ich, zbliżają się. Patrole są już o jakie 600 kroków, kolumna najwyżej o 200 kroków dalej. Patrole konne galopują, widocznie chcą sprawdzić, czy wieś wolna. Jeszcze parę minut a zagrzmią nasze celne strzały, bo karabiny wymierzone są na bliską odległość. Zakotłuje się od nich w kolumnie rosyjskiej kawalerii.

Wtem padło kilka strzałów na lewym skrzydle naszej kompanii, Ktoś nie wytrzymał i bez rozkazu zaczął strzelać. Zagrzmiała cała linia. Zaczęliśmy i my strzelać z budynku szkolnego. Zdawało się, że bębenki w uszach popękają, taki odgłos strzałów rozniósł się po izbach szkolnych, z których nasz pluton strzelał. Od ognia padło kilku konnych, kilku Moskali się podniosło, kilku pozostało rannych czy zabitych, ale przewidywane zaskoczenie szwadronu na bliższej odległości nie udało się.

Reszta konnego oddziału rozpierzchła się i ukryła w terenie. Komendant batalionu był wściekły, kazał szukać winnego, który pierwszy bez rozkazu zaczął strzelać. Czy go znaleziono i jak ukarano - tego już nie dowiedziałem się nigdy.

Na prawo od nas przed półbatalionem Żymierskiego strzelanina wzmogła się. Tam kawaleria rosyjska spieszyła się i wykorzystując zadrzewienia między Górnowolą Szpitalną a Grotnikami nacierała odważniej. Wkrótce podsunęła się na 500 do 600 kroków. Również i przed nami zaczęli się ponownie pojawiać konni. Większe ich skupienie widać było w rejonie Piotrówki.

Nagle z bardzo bliskiej odległości, chyba spod Górnowoli, zaczęła strzelać artyleria rosyjska. Strzał i wybuch pocisku następowały prawie jednocześnie. Pociski padły za wsią. Przeważnie były to szrapnele, choć trzasnęło i trochę granatów nie robiąc nikomu jednak większej szkody. Z przyjemnością obserwowałem obłoczki pękających szrapneli i piękne fontanny ziemi po wybuchu granatów na mokrej łące. Mimo wszystko taki obrazek wojenny ma swe wymowne piękno.

W tym czasie nadszedł rozkaz wycofania się na Grotniki Wielkie. Mój pluton miał pozostać naj dłużej u zachodniego wylotu Grotnik Małych, aby osłonić wycofanie się półbatalionu, po czym dołączyć przez dwór Grotniki. Pogoda stawała się coraz gorsza, deszcz ciął prosto w oczy od strony przeciwnika utrudniając obserwację. Otrzymałem zadanie pozostać ze swoją sekcją przy skrajnych zachodnich chałupach wsi tak długo, dopóki nie dostanę rozkazu wycofania się, nie dając się przy tym zaskoczyć rosyjskiej kawalerii.

Obsadziłem skrajne chałupy wykorzystując parkany wsi jako osłonę przed szarżą. Reszta plutonu była we wsi na prawo ode mnie. Poukładaliśmy się wśród warzyw i kwiatów ogródków. Jednego obserwatora wysłałem na dach domu. Minął kwadrans jeden, drugi. Na prawo on nas przewalała się strzelanina a przed nami nic się nie zmieniło. Kilku konnych podjechało na odległość 300 kroków. Przyjęliśmy ich ogniem zmuszając do ucieczki.

Artyleria rosyjska ciągle ostrzeliwuje część wschodnią Grotnik Małych i teren między wsią a Nidą. Pewnie Moskale zauważyli nasze wycofywanie l chcą przygnieść ogniem cofające się oddziały.

Przykro jest godzinami wsłuchiwać się w ogień nieprzyjacielskiej artylerii i odbierać jej pociski nie mogąc samemu podobnie odpowiedzieć. Tak właśnie sobie myślałem, gdy wtem, jakby na przekór, usłyszałem świst przelatującego pocisku zza Wisły w kierunku do nieprzyjaciela i po chwili doleciały nas stamtąd wybuchy pocisków. To artyleria austriacka zaczęła nas wspierać. Trochę za późno, ale lepiej że teraz niż nigdy. Niestety niewiele tych strzałów padło. Wkrótce austriacka artyleria przestała strzelać: podobno miała "złe warunki obserwacji" jak się na drugi dzień dowiedziałem.

Wysłałem łącznika do dowódcy plutonu. Przyniósł mi rozkaz, że mamy wycofać się drogą na dwór Grotniki. Wyruszyliśmy w ślad za plutonem. Grotniki Wielkie osiągnąłem ze swoją sekcją bez trudności. Tu pluton nasz przeszedł do odwodu i został umieszczony w ogrodzie, w miejscu, gdzie Nida tworzy kolano pod samą wsią. Z obecnego stanowiska widziałem w tyle nurt Nidy, wał wiślany i zabudowania Kozłowa, gdzie była kwatera Komendanta. Reszta naszego półbatalionu obsadziła Grotniki Wielkie. Przedpole było ograniczone, dużo zarośli, drzew i krzewów. Długo tu nie będziemy mogli się utrzymać. Przed nami w rejonie Grotnik Małych słychać jeszcze strzelaninę - to walczył półbatalion Żymierskiego, osłaniający nasze wycofanie.

Niebawem artyleria rosyjska znów się odezwała. Pierwsze pociski padły przed wsią, następne z tyłu za Nidą, aż nagle kilka szrapneli rozprysło się nad nami. Jak grad padają kulki, roznosi się swąd i zapach siarki dookoła. Są ranni w naszym plutonie: podoficer sekcyjny Ciemny (rodem z Tarnowa) dostał w rękę, jeden żołnierz został ranny w plecy. Padają nowe pociski. Oprócz szrapneli biją też granaty. Pali się chata na prawo. Dym, krzyk ludności, ryk zwierząt domowych. Zaczyna się piekło wojenne w ostrzeliwanej i palącej się miejscowości. To jest zupełnie inny obrazek niż ten, który obserwowałem godzinę temu z Grotnik Małych. Tuż za naszymi plecami jest wysoki na 3 - 4 metry, urwisty brzeg Nidy. Po co się narażać będąc w odwodzie. Skryjemy się za tą stromą ścianą. Za chwilę pluton nasz już leżał przylepiony do stromego brzegu Nidy, której woda niemal obmywa nasze stopy.

Nowa seria pocisków pęka tuż nad nami, ale brzegi "Wiernej rzeki" ochroniły nas a jej fale przyjęły przeznaczony dla nas ołów. Na prawo pali się dwór w Grotnikach. Ogień wznieciły granaty rosyjskie. We wsi trudno wytrzymać. Pożar rozszerza się. Komendant Karasiewicz wydaje rozkaz wycofania się przez Korczyn do mostu i promu. Plutonami, wykorzystując przerwy w ogniu artylerii, silnie nas teraz ostrzeliwującej, wycofujemy się chyłkiem. Nasz pluton idzie najpierw samym brzegiem, potem wzdłuż Nidy pastwiskiem i nie wchodząc do Korczyna, w który teraz bije artyleria rosyjska, przemyka się do mostu na Nidzie.

* * *

Było po godzinie 17, gdyśmy dotarli do mostu. W kilku miejscach Korczyna unosiły się dymy: widocznie pociski zapaliły domy. Most na Nidzie zaczynał już płonąć, gdy mój pluton przez niego przechodził. W tym czasie nadjechał wóz naładowany materiałem wybuchowym. Przez palący most wieść dynamit - to wariactwo. Tymczasem jeden z żołnierzy chwycił konie przy pysku, woźnica przyłożył batem i prawie galopem przejechali przez płonący most. Zaraz potem saperzy zdjęli z wozu parę paczek materiału wybuchowego i założyli pod most. Powietrzem wstrząsnął huk i część mostu od naszej strony po prostu rozleciała się a reszta dalej płonęła.

Od mostu na Nidzie do promów na Wiśle tylko paręset kroków. Pędzimy prawie biegiem, popędzani szrapnelami, rozpryskującymi się w rejonie mostu. Długi okres cofania się zrobił swoje. Teraz, gdy poczuliśmy, że już wychodzimy z walki i że nasz obowiązek żołnierski trwania pod ogniem przeciwnika skończył się, każdy chce jak najszybciej dostać się do promów i na drugi brzeg Wisły. Jesteśmy już o krok, od zwykłej ucieczki a może i paniki. Nagle przy promach stanęliśmy jak wryci. Na brzegu, spokojnie jakby w parku na przechadzce, spacerował Komendant sam.... Szedł wolnym krokiem paląc papierosa i rzucając od czasu do czasu swe spojrzenie spod krzaczastych brwi to na nas przechodzących, to na dymy unoszące się nad Grotnikami i Korczynem, to na niebo, gdzie wykwitały pióropusze szrapneli. Zapiekł nas w gardłach straszny wstyd. Zatrzymali się wszyscy. Zgarbieni i skuleni wyprostowali się natychmiast. Dowódcy uporządkowali żołnierzy. Nadszedł Sław i zameldował się Komendantowi. Ten wskazał mu ręką promy. Wsiedliśmy i ruszyliśmy przez wodę ze ściśniętymi sercami, znowu opuszczając wolny, już nasz, polski brzeg wiślany.

Rozpierała nas jednak pewna duma: byliśmy już po chrzcie ogniowym, który znowu tak strasznie nie wypadł. Gorzej go sobie dawniej w myślach wyobrażałem.

Byliśmy po pierwszej próbie bojowej, która mimo przewagi wroga, wyposażonego w artylerię i karabiny maszynowe, których my nie mieliśmy, nie wypadła źle. Zdobyliśmy zaufanie we własne siły, wiarę w naszych żołnierzy i dowódców. Nabraliśmy tak koniecznej żołnierskiej pewności siebie.

Wczoraj i dziś

Minęło blisko 25 lat od chwili, gdy garstka tych, co stali się pierwszymi żołnierzami odrodzonego wojska polskiego, ruszyła w szranki wielkiej wojny, aby stworzyć kadry i zręby dzisiejszych sił zbrojnych.

Gdy cofnąć się pamięcią wstecz i rzucić okiem na niezapomniane przeżycia i pierwsze obrazy wojenne, które stały się naszym udziałem, na potyczki i boje oddziałów późniejszej I Brygady Legionów, jakże żywo staje przed nami konieczność należytego wprowadzenia młodego żołnierza w pierwsze starcie wojenne. Wyraźnie i jasno rysuje się ona dla wojska każdego państwa. Jakże była ona potrzebna dla nas, żołnierzy bez przeszłości i doświadczenia właściwie "dla cywilów", nieomal "z domowym wykształceniem wojskowym" .

Dziś, dopiero po latach, widzimy, w jak doskonały i przenikliwy sposób przewidział to Komendant Piłsudski wprowadzając nas powoli i systematycznie od najlżejszych w coraz cięższe warunki bojowe. Najpierw drobne starcia, właściwie walki patroli w marszu na Kielce, zakończone łatwą potyczką. Potem okres intensywnego szkolenia żołnierskiego i dalekie patrolowanie przeciw kawalerii rosyjskiej w czasie pobytu w Kielcach. Nad Wisłą we wrześniu 1914 r. cały szereg potyczek: Nowy Korczyn, Ucisków, Ostrowce, Wiślica i nawet zaciętych walk, jak Czarkowy, Ksany.

Oto, szkoła wojny, jaką swym oddziałom dał Komendant. Niektóre ze starć bojowych narzuciły warunki wojenne, ale większość z nich była wynikiem inicjatywy Komendanta i J ego myśli, aby dać swym oddziałom stopniową zaprawę bojową. Dzięki temu też oddziały legionowe otrzaskały się z wojną. Nabrały koniecznej pewności, tężyzny żołnierskiej i stały się zdolne do wysiłków nawet najcięższych. Dowody tego dały bitwy roku 1914 pod Laskami, Krzywopłotami i Łowczówkiem, gdzie nie tylko walczono z honorem żołnierskim, ale i z umiejętnością, budząc u oddziałów niemiecko-austriackich podziw i uznanie.

płk dypl. Stefan Rowecki

Pierwotnie tekst opublikowano w "Przeglądzie Piechoty" nr 5 z 1939 r.

Przypisy

[1] Józef Piłsudski miał wówczas pod swoimi rozkazami następujące oddziały strzelców:

- 5 batalionów piechoty (o cyfrach od I do V),

- oddział kawalerii w sile szwadronu,

- oddział saperów i łączności oraz wreszcie

- cywilno-wojskowy oddział wywiadowczy.

[2] Rozkaz wydała w Rzeszowie I. A, E, K. (Armeetappenkomando Nr I), czyli komenda etapów I armii austriackiej.

[3] Józef Piłsudski "Moje pierwsze boje", Instytut Wydawniczy Biblioteka Polska str. 28-29 lub pisma zbiorowe Józefa Piłsudskiego w wydaniu Instytutu Józefa Piłsudskiego z 1937 r., tom IV, str. 377.

[4] Patrz szkic 1

[5] Józef Piłsudski "Moje pierwsze boje", str. 29-31.

[6] Norwid-Neugebauer Mieczysław, obecnie generał dywizji.

[7] Wyrwa-Furgalski zginął w 1916 r. jako major dowódca II/5 pp I brygady Legionów.

[8] Orlicz-Dreszer Gustaw zginął śmiercią lotnika w r. 1937 jako generał dywizji.

[9] Belina-Prażmowski zmarł w roku 1938 jako pułkownik w stanie spoczynku.

[10] Józef Piłsudski "Moje pierwsze boje", str. 33 i 34.

[11] Józef Piłsudski "Moje pierwsze boje", str. 37.

[12] Satyr-Fleszar Albin zginął jako major w 1916 r.

[13] Tokarzewski-Karaszewicz Michał obecnie gen. bryg.

[14] W tym czasie nie było jeszcze w oddziałach Komendanta Piłsudskiego stopni i odznak wojskowych, Dowódców nazywano według sprawowanych funkcji, na przykład: komendant batalionu, kompanii, plutonu. Jedyną odznaką pełniących funkcje oficerskie był czerwony sznurek u gwizdka polowego a zielony - dla pełniących funkcje podoficerskie.

[15] Felicjan Sławoj Składkowski - "Moja służba w Brygadzie", Warszawa 1932, str. 34.

[16] Spisałem je w r. 1915, a obecnie jedynie przystosowałem do druku.

[17] Sław-Zwierzyński zginął dnia 4.VII.1916 r, jako kapitan dowódca I/5 pp.

[18] Moja sekcja (pierwsza, I plutonu, l kompanii, V batalionu) otrzymała zadanie patrolu przedniego, ale w toku marszu na Ostrowce stała się właściwie szpicą l kompanii.

[19] Według obecnego słownictwa szperaczy.

[20] Słońce wschodziło o godz. 5.14.

[21] Styk- Stachiewicz Wacław, obecnie generał brygady.

[22] Zmarł z ran i został pochowany w Gręboszowie.

Copyright © 2006-2015 ISSN 1899-8348

Top Desktop version